sobota, 19 sierpnia 2017

gust i maniery

Nie znam Barcelony, nigdy nie byłem. Powiadają, że piękne miasto. Na pewno, choć od przedwczoraj dużo smutniejsze i mocno zastraszone.
Dzisiejsi terroryści nie potrzebują broni palnej, bomb czy samolotów, wystarczy furgonetka z rupieciarni i niepusty bak paliwa. Łatwiej się organizują, a ich fanatycy w imię sprawy godzą się na śmierć samobójczą.
Dla jasności, zamachu w Hiszpanii dokonali terroryści, nie uchodźcy. Uchodźcy sami uciekają przed terrorystami, a ich kolor skóry nie ma żadnego znaczenia. Weźmy przykład z nazistów, którzy byli białasami, a zatem czy każdy białas był nazistą? Niestety niektóre ultraprawicowe środowiska podgrzewają złą atmosferę i sieją nienawiść, która ucztą dla "niedomyślących".
Żyjemy w czasach, w których prostactwo dorwało się do mównic, dodatkowo sprzyjając środowiskom kibolskim i tym pseudonarodowościowym frajerom w koszulkach Polski Walczącej, żołnierzy wyklętych czy Dywizjonu 303 - o których znaczeniu przeważnie nie mają najmniejszej wiedzy. Swą pseudo patriotyczno-kościelną narracją bez konsekwencji podgrzewają gar nienawiści. Nie wolno się na to złapać.
Weekend trwa w najlepsze, choć chmurzyska słońce spłoszyło. Nacieszmy ciało kończącym się latem, nawet jeśli tak wielu ludziom dało ono w ostatnich dniach w kość.
Najmocniej zapraszam na jutrzejsze Nawiedzone Studio. Mogę obiecać, że dam z siebie sto procent. Nie znajdziecie Drodzy Państwo lepszej muzyki z niedzieli na poniedziałek gdziekolwiek. Jestem o los najlepszej poznańskiej audycji całkowicie spokojny. Szczególnie po muzycznej ofercie telewizyjnych stacji, nocnych (i nie tylko nocnych) pasm radiowych, jak i sączących się dźwięków w jakichkolwiek kurortach. I niech mi tylko ktoś zarzuci bycie komercyjnym, gdy niekiedy nastawiam płyty z muzyką pop. Pop w Nawiedzonym Studio zawsze z najwyższej półki, a teraz gdy wielu moich rodaków w durnym tempie podskakuje przy discopolowych kaszlakach jestem przekonany, że my Nawiedzeni mamy po prostu świetny gust i dobre maniery.
Do usłyszenia.... niedziela na 98,6 FM Poznań, o 22-giej....





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")





środa, 16 sierpnia 2017

i remember Elvis Presley

W nocnym paśmie stacji National Geographic wyemitowano całkiem świeży dokument o Czesławie Niemenie, pt. "Sen o Warszawie". Szkoda tylko, że ten circa 2-godzinny film stale przerywano reklamami. Wiadomo: ekonomia, ale o tak później porze można było tego nam wszystkim oszczędzić.
Cała masa ciekawych archiwalnych materiałów, popartych opowieściami ludzi z branży, ale także członków rodziny Niemena. Można się było dowiedzieć, jak to dawny film Marka Piwowskiego "Sukces" manipulował sylwetką Artysty na jego niekorzyść, ponadto o teoretycznie powszechnie znanej historii niespełnionej miłości do włoskiej gwiazdy estrady Faridy (która także zdobyła uznanie u nas), no i oczywiście o paśmie artystycznych sukcesów w kraju i za jego granicami.
Kto nie widział, niech przyczai się na ewentualną powtórkę. Na szczęście te wszystkie dokumentalne stacje nie mają w swych szpargałach menisku wypukłego, więc po wielokroć emitują co ciekawsze materiały.
Zajrzałem do kalendarium. Przed 30 laty sierpień był obfity. Po niedawno świętowanej "Hysteria" Def Leppard, światło dzienne ujrzały wówczas, choćby: Aerosmith "Permanent Vacation", The Jesus And Mary Chain "Darklands", Michael Jackson "Bad" czy Midnight Oil "Diesel And Dust". Same dobre i bardzo dobre płyty. W sierpniu 1997 roku nie było już tak różowo, choć zależy, co kto lubi. Niemniej koncertówka Fleetwood Mac "The Dance", to było coś. A skoro weszliśmy na terytorium albumów koncertowych, to z kolei w sierpniu 1977 ukazał się najlepszy album "Live" - troszkę już popularnością przyćmionej grupy Foghat. No i proszę, tylko na podstawie takich wspomnień można by kroić najlepsze audycje.
Dzisiaj 40 lat od śmierci Elvisa Presleya. Pamiętam ten dzień. Chyba nawet doskonale, choć miałem niespełna 12 lat. Byłem u mojego najlepszego kolegi w bloku, i to u niego w telewizji o tym powiedziano. Od razu pomyślałem, że musiał to być ktoś ważny, skoro ochrzczono go mianem "Króla". Wkrótce już miałem jedną, drugą i trzecią pocztówkę dźwiękową, a później jedną i drugą dużą płytę. Szybko poznałem największe przeboje Elvisa. W tamtych czasach ludzi nie było stać na kolekcjonowanie pełnego dorobku Artysty, więc zazwyczaj kupowali składanki. A ja robiłem od najmłodszego interesy, zamieniając się z niektórymi kompanami na ich płyty z kolekcji rodziców. Wymieniałem się za ciężko zdobyczne żołnierzyki, bądź pocztowe znaczki. Moich kumpli najczęściej interesowały tego typu pierdoły, z których ja szybko wyrastałam. Nie było mi żal resorowców, żołnierzyków czy nafaszerowanych klaserów, a im jakoś uchodziło na sucho podkradanie starym cennych zachodnich płyt Toma Jonesa, Engelberta Humperdincka czy wspomnianego Elvisa Presleya. Przygarniałem je zatem, niczym niegdyś Violetta Villas zwierzaki.
O Elvisie, a raczej o moich przygodach z jego twórczością, mógłbym napisać wiele, ale teraz mi się nie chce, ponieważ jestem na wznoszącej fali zasłuchiwania się Philem Collinsem. Przyjdzie taki czas, że się rozpiszę. Być może na pięćdziesiątkę jego śmierci, albo setkę narodzin - o ile sam tego czasu dożyję. Ale mogę Państwu napisać, że ogromnie lubiłem taką piosenkę "I Remember Elvis Presley", którą śpiewał tajemniczy D.Mirror. Bo tak jego nazwisko zapisano na tonpressowskiej pocztówce dźwiękowej. Przez lata nie wiedziałem, co to za facet. Dopiero niedawno ktoś mnie oświecił, że owe "D." to "Danny". No to już wiem. Internet mi podpowiedział, że gość w ogóle nagrywał w klimacie Króla. A głosem dysponował naprawdę fajnie Elvisowym. Mało tego, on nawet nagrał w swoim czasie płytę z własnymi interpretacjami przebojów Presleya.
Gdy piszę te słowa wskakuje mi pewien kadr pamięci, w którym widzę siebie, jak raz za razem słucham "I Remember Elvis Presley". Mój stary monofoniczny gramofon, z ramieniem kolosem, wiele przeżył. Kochałem ten numer. Mam go w chałupie do dzisiaj. Na tej samej oryginalnej i mocno wysłużonej pocztówce. Niestety w Aferze nie do zaprezentowania. Nie miałbym sumienia na radiowym gramofonie zapodać rypiącej igłę, monofoniczną papierową płytę. Mam na szczęście już od pewnego czasu dużą, wydaną przez EMI, właśnie w owym 1977 roku. Chyba ją sobie zaraz zapuszczę (wiem, nieradiowe określenie), ale najpierw musi dobić do końca ub.roczny remaster "Face Value".






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")




wtorek, 15 sierpnia 2017

dwie strony

Zaszyty w czterech ścianach, z nieodłączną butelką, z płytami Phila Collinsa, uroczo spędzam wieczór. Ładnie gra podwójny stary winyl "Both Sides", ale czy od razu lepiej od kompaktu? Nie mam odpowiedniego sprzętu, więc u mnie jedno i drugie odtwarza równie dobrze. Z korzyścią po stronie CD. Przynajmniej nie trzeszczy, nie trzeba co stronę przecierać kurzu... Kompakt wygodniejszy i można słuchać tysiąc razy, a przy tysiąc pierwszej emisji płyta zagra tak samo jak podczas pierwszej. Winyl zatem tylko na talerzu okazjonalnie (jak dziś), by mu zbyt wielu krzywd nie wyrządzić.
Potrzebowałem dwudziestu czterech lat, ale teraz to wiem: uwielbiam "Both Sides". Dotąd zawsze ją lubiłem, lecz piękne historie Phila zbliżyły mnie do niej jeszcze bardziej. Owszem, przy "We Fly So Close" serce rwie się na strzępy, zawsze tak było, lecz pozostałych dziesięć kompozycji też z bliznami. Najwięcej ich na ciele sympatycznego Phillipa, lecz gdy się mu towarzyszy, po części biorąc jego smutki na siebie, to...
Obejrzałem wreszcie DVD z trasy "Going Back", ponownie dwie historie Genesis, przejrzałem moją Collinsowską kolekcję płyt... hmmmm, nawet wyciągnąłem ją całą do zbiorczej fotki, ale na co to się wszystkim przechwalać. Ludzie nie lubią przechwalców. Zazdroszczą i tylko później omijają, więc pogapię sam się na wszytkie moje "siódemki", "dwunastki", "longplaye", CD-single, CD-albumy...
W początkowym "Both Sides Of The Story" Collins wyznaje: "...śpię z opróżnioną butlą, czuję się smutny i mam opustoszałe serce...". To obraz człowieka porzuconego, który w dalszej części albumu prosi o spróbowanie raz jeszcze, by w innym miejscu pogodzić się z porzuconym stanem faktycznym. Nietrudno zrozumieć, dlaczego zabrakło tu dęciaków, chórków, plejady gości. Każdy ozdobnik wpłynąłby tylko niedobrze na radosne podniesienie albumowej temperatury.
"Both Sides" jest dziełem dla najbardziej zaangażowanych sympatyków Artysty, a nie tylko dla tych od piosenek z list przebojów. W żadnej z nich nie jest do śmiechu. Szeroki świat do dzisiaj bywa głuchy na każdą z nich. Tylko nieliczni dotrą do ich wnętrza.
No i co z tego, że ma ją w swych domach sześć milionów nabywców. Dla trzech czwartych z nich, "Both Sides" jest tylko jednym wielkim zawodem. Znam te gadki szmatki, że taka niedopracowana, nazbyt oszczędna, bez fajerwerków, itd... To powierzchowni esteci. Tych jedenaście piosenek Collins zaadresował właśnie dla pozostałej i ewentualnej jednej czwartej.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")





poniedziałek, 14 sierpnia 2017

QUIET RIOT - "Road Rage" - (2017) -









QUIET RIOT
"Road Rage"

(FRONTIERS RECORDS)
*1/2




Co to jest? Na albumowej okładce zapisano: Quiet Riot, a mnie się zdaje, cytując klasyka, że z twarzy podobne zupełnie do nikogo.
Naturalnym wydaje się fakt, iż Kalifornijczycy po śmierci niezastąpionego Kevina Dubrowa próbują od dekady usilnie znaleźć godnego jego zastępcę. Eksperyment z Jizzym Pearlem (z Love/Hate) okazał się zauważalnym nieporozumieniem, a teraz na dobitkę mikrofonu uczepił się niejaki James Durbin - uczestnik jednej z edycji Amerykańskiego Idola - i jest już naprawdę dramatycznie źle. Pod każdym względem. Zarówno repertuarowym jak i wokalnym. Z takim głosikiem pan Durbin może co najwyżej postraszyć turnus kolonistów pierwszoklasistów, gdy nieładnie zjedzą obiadek, ale żeby od razu do heavy metalu... Co ten Frankie Banali (perkusista i zarazem jedyny oryginalny członek QR) wyprawia? Szczęściem w obecnym nieszczęściu sprawny Alex Grossi, którego gitara pozostawia przyjemny swąd, co i tak nie szczędzi tego zasłużonego bandu w degradacji do suterenowego poziomu.
Chyba nie było pomysłu na tę płytę, a z jakiś powodów powstać zechciała. A może musiała? Dawno nie słyszałem czegoś tak mizernego, a tu jak na złość musiało ową mizerią paść na Quiet Riot. Na zespół, który bardzo cenię, zarówno za najwcześniejszy okres z nieodżałowanym Randym Rhodesem, jak i za nowszy rozdział lat 80's, gdy grali glam metal, taki mocno pod Slade. Zresztą nie uciekając od bezpośrednich odniesień do Noddy'ego Holdera i jego kąśliwego bractwa - vide dawne uczynki: "Cum On Feel The Noize" i "Mama Weer All Crazee Now". Cudowne to były czasy. Grupa zbierała multiplatynowe laury, a zwykły fan nie ustał w bezruchu nawet w przerwach pomiędzy albumowymi kawałkami. Niestety twórczość z najnowszego "Road Rage" jest bardziej jałowa, niż cynamonowy grysik. Nie sposób tu wyróżnić czegokolwiek. Nawet najlepsze w zestawie "Freak Flag" czy w miarę zadziorne "Wasted", na tle klasycznych płyt, i tak wypadają żałośnie. Konia z rzędem temu, kto znajdzie coś gorszego od takich "Getaway", "Knock 'Em Down", "Still Wild", bądź "Shame". Kevin DuBrow przewraca się w grobie widząc, co mu koledzy z kapelą zrobili. Prawdziwy krajobraz po bitwie.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")





lecytyna

Wspaniale jest poprowadzić audycję bez udziału Facebooka. Ostatnio nie lubię tam zaglądać, choć zaglądam. Nie lubię go jeszcze bardziej, niż nie lubiłem dotąd. Najlepsze, że prawie nikt nie dostrzegł mojej dezaktywności. No właśnie, tyle to wszystko warte.
Lepiej nie wiedzieć, czy dzisiaj słucha dwadzieścia pięć osób, czy z racji wakacji tylko osiemnaście. A może jednak trzydzieści? Ten ostatni wariant byłby najlepszy, i zawsze można mieć nadzieję, że to on zwycięża. Ale to może mi tylko zagwarantować niewiedza.
Znudziły mi się lajki/polubienia. Tak naprawdę zależy mi na prawdziwych słuchaczach, nie na lajkach. Tego, może postawić przecież każdy, i najczęściej tak jest. Wystarczyło kilka razy sprawdzić, choćby wpisując kolejny facebookowy post, ale już nie o dwudziestej drugiej, a dajmy na to: dziesięć po dwudziestej trzeciej. Cały Facebook przycina komara, a jeszcze godzinę wcześniej chmara deklarowała chęć pozostania do samego końca. Ja tam nikogo nie oszukuję, bo jeśli mówię, że nikogo nie słucham, to tak jest. Tak, nie słucham, i co mi zrobicie? Oczywiście skutkuje to odwetem. Okazało się niedawno, że pewien radiowiec podobno lubi moje audycje, o czym dostałem od bliskiej mu osoby niemal cyrograficzne zapewnienie, jednak oficjalnie jegomość niczego o nich nie wie, a ja przecież nie dopytuję. Skoro nie słuchasz mnie, ja ciebie również - czytam w jego myślach.
Troszkę pomęczę Szanownych Państwa Philem Collinsem. Dopóki mi nie przejdzie. Już tak mam, jeśli wejdę na jakieś wzgórze, zanim zlecę, muszę trochę połazić.
Czytam najlepsze fragmenty "Jeszcze nie umarłem" po raz kolejny. By się utrwaliły, a raczej: by ich nie zapomnieć. Niestety szybko zapominam. Zawsze tak było, ale teraz chyba jakoś bardziej.
Ze wstydem informuję, że ostatnie weekendowe spotkanie w gronie przyjaciół obnażyło o mnie bolesną prawdę. Otóż, w wesołej pogawędce wyszło, że całkowicie wymazałem z pamięci niedawne huczne świętowanie pięćdziesiątki mojego kumpla, któremu o dziwo nie było nawet z tego powodu przykro. Przyzwyczaił się. Szczególnie do moich dziwactw, choć teraz przyjdzie mu na moje listopadowe imieniny podrzucić smakową lecytynkę, zamiast zero siedem złocistej. Głupio mi cholernie, ale naprawdę nic nie pamiętam. Żonka jeszcze w drodze powrotnej dopytała, czy ty naprawdę nie pamiętasz, czy tylko się zgrywasz? Nie pamiętam - odrzekłem. I choć przypomniałem sobie po dłuższej nasiadówie zrzutkowy prezent (m.in. David Bowie "Let's Dance", a poza nim jakiś metalurgiczny łomot), to tego, co najlepsze, nie. A przecież musiało być dobre żarło, bo Paweł choć chudy jak patyk, wsuwa jeszcze raz tyle, co Nawiedzony. Poza tym, na pewno była niejedna butla wzmocnionej, co na imprezach interesuje mnie przecież najszczególniej. Inna sprawa, że zbyt często ostatnio zaglądam do kielicha, a raczej do szklaneczki. Skończyły się czasy, w których nie miałem, by sobie polać. Teraz mam zawsze, w dodatku jeszcze w rezerwie. Po przeczytaniu autobiografii Phila Collinsa zdałem sobie sprawę, że pod tym względem jest mi do niego coraz bliżej. Smutkiem mego faktu, a na Collinsa korzyść, przemawia jego wiek. On zaczął dużo później, a ja rozkulałem się już.



Głupio, że dziadziuś Collins przeżył wiele upadków, doświadczył kilku złamań, nieco więcej siniaków, do tego kilka rozwodów, w tym ampułek antyalkoholowych, ale z pamięcią wszystko gra. U mnie pięćdziesiątka plus przejawia się nie tylko nadciśnieniem i cukrzycą, więc muszę się zabrać za siebie. Nie narzekam na odległe dzieje, te pamiętam świetnie, we znaki tłucze pamięć obecna. Czyli z ostatnich kilku lat. Żona twierdzi, że jej nie ćwiczę. A to się ćwiczy? Jak pompki lub przysiady? Muszę, daję uroczyste słowo. Tylko proszę go nie zgubić, bo drugiego nie zagwarantuję.



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")






"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 13 sierpnia 2017 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 13 sierpnia 2017 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Szymon Dopierała
prowadzenie: Andrzej Masłowski






BUDGIE - "Power Supply" - (1980) -
- Heavy Revolution
- Gunslinger

SAXON - "Rock The Nations" - (1986) -
- We Came Here To Rock

QUIET RIOT - "Road Rage" - (2017) -
- Freak Flag

QUIET RIOT - "Alive And Well" - (1999) -
- Highway To Hell - {AC/DC cover}
- Don't Want To Let You Go 1999 - {oryginalna wersja na LP "Metal Health", 1983}

ACCEPT - "The Rise Of Chaos" - (2017) -
- Die By The Sword

ALICE COOPER - "Paranormal" - (2017) -
- Dead Flies

THE JIMI HENDRIX EXPERIENCE - "Electric Ladyland" - (1968) -
- Crosstown Traffic

THE JIMI HENDRIX EXPERIENCE - "Are You Experienced" - (1967) -
- Fire

ALICE COOPER - "Paranormal" - (2017) -
- Fallen In Love
- Dynamite Road

WORLD TRADE - "Unify" - (2017) -
- Where We're Going

LED ZEPPELIN - "Coda" - (1982 / reedycja 2015) -
- Baby Come On Home - {kompozycja BERT BERNS}

PETER FRAMPTON - "Gold" - (2005) - kompilacja
- Jumpin' Jack Flash - {Rolling Stones cover} - oryginalnie na singlu oraz LP "Wind Of Change", 1972

STEVE MILLER BAND - "Greatest Hits" - (1998) - kompilacja
- Serenade - {oryginalnie na LP "Fly Like An Eagle", 1976}
- Winter Time - {oryginalnie na LP "Book Of Dreams", 1977}

PETER FRAMPTON - "Frampton Comes Alive II" - (1995) -
- Waiting For Your Love

WAYLON JENNINGS, WILLIE NELSON, JOHNNY CASH, KRIS KRISTOFFERSON - "Highwayman 2" - (1990) -
- Silver Stallion

GLEN CAMPBELL - "Highwayman" - (1979) - kącik poświęcony zmarłemu przed kilkoma dniami Artyście
- Highwayman
- Love Song
- My Prayer

WAYLON JENNINGS, WILLIE NELSON, JOHNNY CASH, KRIS KRISTOFFERSON - "Highwayman" - (1985) -
- Highwayman
- Desperados Waiting For A Train
- Against The Wind - {Bob Seger cover}

BOB SEGER & THE SILVER BULLET BAND - "Against The Wind" - (1980) -
- Against The Wind

PHIL COLLINS - "No Jacket Required" - (1985 / reedycja 2016) -
- Long Long Way To Go (live)
- One More Night (live)

PHIL COLLINS - "Both Sides" - (1993 / reedycja 2016) -
- Take Me With You - {B'Side "We Wait And We Wonder, 1994}

EMBRYO - "Embryo's Rache" - (1971) -
- Change

FRUUPP - "Future Legends" / "Seven Secrets" - (1973 / 1974) -
z albumu "Future Legends":
- Song For A Thought

FRUUPP - "The Prince Of Heaven's" / "Modern Masquerades" - (1974 / 1975) -
z albumu "Modern Masquerades":
- Mystery Might

PREMIATA FORNERIA MARCONI - "Storia Di Un Minuto" - (1972) -
- Dove... Quando... (Parte I)
- Dove... Quando... (Parte II)

SAGA - "Contact - Live In Munich" - (2009) -
- Humble Stance
- Don't Be Late

MOSTLY AUTUMN - "Sight Of Day" - (2017) -
- The Man Without A Name





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")





niedziela, 13 sierpnia 2017

poczciwy łajdak

Tego Phila Collinsa to ja jednak kocham najbardziej. Choć podobno nie można kochać mniej lub bardziej. Kochać, to kochać - po równi. Czy aby na pewno? Zawsze zastanawiało mnie, czy ojciec trójki dzieci darzy je wszystkie jednakowym uczuciem. Tego nie dowiem się nigdy, wszak mnie udało się tylko raz. Ale ale, przypomina mi się krótki skecz Benny'ego Hilla, który gasząc u boku małżonki nocną lampkę, z szelmowską miną w jej kierunku zarzuca: dobranoc matko pięciorga - na co otrzymuje zwrotne: dobranoc ojcze jednego. Z jednej strony zabawne, z drugiej zaś mam pod ręką przykład, jak to pewna dama oznajmiła partnerowi, że oto będą mieć dziecko. Partner po usłyszeniu tej "radosnej" nowiny, bez chwili namysłu podszedł do sekretarzyka i wyciągnął z niego kawałek papieru, który okazał się lekarskim zaświadczeniem o jego niepłodności. Stare dzieje, choć nawet o koligacjach daleko-rodzinnych.
Po przeczytaniu "Jeszcze nie umarłem" tylko się utwierdziłem w przekonaniu, jaki z tego Collinsa poczciwy łajdak, kochający po równi ojciec i niewyczerpany akumulator pozytywnych uczuć. 
Do usłyszenia o 22.00 na 98,6 FM Poznań.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")