środa, 21 lutego 2018

zwykły świat

Straszą zimą, a ja już myślę o wiośnie. Ostatnie dni słoneczne, jakże napawające optymizmem. Czasem przejeżdżam obok Parku Sołackiego, zawsze szukając w nim pierwszych oznak wiosny, ale jeszcze nie, jeszcze trzeba poczekać. Wiosna tylko w futbolu. Przyspieszone - z racji nadchodzącego Mundialu - rundy wiosenne, rozgrywa niemal cała Europa, w transie także Liga Mistrzów. Szczególnie Robert Lewandowski, z kolejnymi dwoma golami na koncie. Lewy jest mistrzem w dobijaniu piłek. Wystarczy, że bramkarz jednej czy drugiej nie złapie, on już jest. Potrafi też przystawić ostateczną nogę po mozolnie skonstruowanych akcjach swoich kolegów. Taki typowy sęp pola karnego, ale to też trzeba umieć. Szkoda, że z wolnego nabił górny słupek, miałby hattricka i pewnie kolejną ekstra premię na koncie. I bardzo dobrze, niech płacą.
Poczekam na plus dwadzieścia, a przejdę się na moją Warcinkę, bo dawno nie byłem. No i co z tego, że to tylko druga liga, skoro Wartę noszę w sercu, a Kolejorzowi tylko szczerze kibicuję - w końcu Lech z mojego ukochanego Poznania.
Często słucham Metrum pod wodzą Zbigniewa Kalemby. Ależ mi się podoba takie granie! Jak dobrze, że GAD Records wydaje takie rzeczy. Tego typu muzyka pobudza uśpione wspomnienia, napawa wiosennym optymizmem i podsuwa refleksje. A ja lubię być refleksyjnym. Lubię się zamyślić, zawiesić, odreagować na otoczenie. Rankiem na chodniku mijałem parkę z wózkiem, i on wskazując na jakiegoś Jeepa, próbuje zainteresować własną kobietę: to jest nowy model. No rzeczywiście fascynujące. Typowy nudziarz samochodziarz, jeszcze mu szpachel w dłoń, niech zapieprza z niekończącymi się remontami. Jak dobrze, że nie mam takich kumpli. To znaczy, kiedyś miałem, ale sobie poszli. Nie dostrzegli we mnie właściwego rozmówcy. A wracając do muzyki... słucham Metrum na zmianę ze Zbigniewem Górnym, i jest bardzo przyjemnie. Metrum nawet tyciu częściej.
Od niedawna dorobiłem się Canal+, więc oprócz piłki, sprawdzam oferty filmowe. Mają mnóstwo współczesnego kina francuskiego. Jeden z nich, obejrzałem ostatnio po powrocie z roboty, przy kolacyjce - ależ klimat. Niech się wypchają te wszystkie hollywoodzkie makijaże. Acha, no i na Canal+ zaserwowali "Spacer po linie" (tytuł wzięty od genialnego hitu "I Walk The Line"). Mam to na DVD, lecz w jakości HD obejrzałem z jeszcze większą przyjemnością. Zwariowany i niepoukładany był ten Johnny Cash, choć przeukochany przede wszystkim. Podbierał haczykiem June - przyszłą June Carter - aż dopiął swego. Kochał ją bardzo, jak nikogo innego. Dlatego po jej śmierci, urwał się nam wszystkim kilka miesięcy później. Scena oświadczyn podczas występu, w finałowej scenie - poruszająca. Szkoda, że historia tu się urywa, przecież lata 70-te w jego karierze były równie fascynujące, a i pełne sukcesów. Porażki z kolejnej dekady, też dałoby się przecież ciekawie sfilmować. Że nie wspomnę o finiszu artystycznej działalności, dla niektórych nawet najważniejszego epizodu.
Kilka dni wcześniej zgarnąłem przy kolacyjce (na rekomendowanym Canale+) sympatyczny film "Ordinary World", gdzie w roli głównej wystąpił lider Green Day, Billy Joe Armstrong. Świeża rzecz, sprzed blisko dwóch lat. Zwariowana historia kolesia, który prowadzi nudne ustabilizowane życie rodzinne (żona, dzieci...), aż przychodzi czterdziestka, którą "młodzieniec" wyprawia w luksusowym hotelu, a konkretnie w mieszczącym się tam prezydenckim apartamencie (tysiąc dolców gotówką, plus drugie tyle kartą - za jedną noc). Co tam się dzieje, ho ho ho! Jedna impreza, a ile kłopotów. Jeśli jednak pod chwilową nieobecność dopuszcza się, by imprezowicze otworzyli whisky za tysiąc bugsów, a apartament przypominał podrzędny rock'n'rollowy klub, to... Żadne ambitne kino, coś z gatunku: do zapomnienia, ale z jednym potężnym smaczkiem. Otóż, gdy Perry (czyli w realu Billie), pędząc z gitarą po hotelowych schodach napotyka znajomą, ucina z nią pospieszną pogawędkę, aż w pewnej chwili... oczom na tacy wyłania się prawdziwa Joan Jett ("I Love Rock'n'Roll"). Wiadomo, troszkę już dzisiaj podstarzała, ale nadal miło na nią popatrzeć. Perry czuje to coś, o czym tylko ja doskonale wiem.
Wyobraźcie sobie mili Państwo, że "Dalida - skazana na miłość", też była emitowana niedawno. Dobry kanał, ten Canal+. I co najważniejsze: bez cholernych reklam.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





wtorek, 20 lutego 2018

TOTO - "40 Trips Around The Sun" - (2018) -







TOTO
"40 Trips Around The Sun"
(COLUMBIA)

***





17 nagrań na 40-lecie płytowego debiutu Toto (album "Toto" wydany jesienią 1978 r.). Dlaczego nie nagrań 40? Zebrałoby się. Z 40-letniego dorobku wyszedłby podwójny składak, z gatunku: "definitive". Tymczasem otrzymujemy 3 premierowe kompozycje, plus sprawdzonych 14 przebojów. No, może z jednym wyjątkiem, w postaci pierwszorzędnego, choć niesinglowego instrumentala "Jake To The Bone" - niegdyś finału fajnej, choć nieco szorstkiej płyty "Kingdom Of Desire". Dużo tych liczb, prawda?
Przyznam, że dziwna ta nowa kompilacja. Jakaś taka oszczędna, niekompletna, jakby mocno poskąpiona, no i te nowe kawałki... wrócimy jeszcze do nich. Rozumiem, chodziło o same naj naj naj-piosenki, plus coś premierowego, by mieć przyczynek do nowej trasy koncertowej, która właśnie w toku. Ale czy naprawdę nie da się raz, a porządnie i konkretnie, spleść takiej ekstra kompilacji,
then ...
która rozwiałaby wszelkie wątpliwości, iż Toto, oprócz "Africa", "Stop Loving You", "I'll Be Over You", "Hold The Line", "99", "Rosanna", "Georgy Porgy" i jeszcze kilku innych pewniaków, ma w swych szpargałach wiele innych fantastycznych piosenek? Piosenek, które nie zawsze okazywały się przebojami pierwszego sortu, choć nie ustępowały w niczym tym z czubków notowań. I wcale nie porywam się na żadne pozasinglowe, a na pełnoprawne, te z 7-calowych płytek. Tkwię w przekonaniu, że sympatycy grupy równą czcią obdarzają takie: "Without Your Love", "Holyanna", "Angel Don't Cry", "Make Believe", "2 Hearts", "Straight For The Heart" czy "How Does It Feel", a o których na "40 Trips Around The Sun" ni słowa. Mógłbym tak jeszcze powymieniać, bez trudu uzbierałoby się czterdzieści. Rzecz jasna, tylko koncentrując uwagę na dorobku z lat 1978-1993, jaki muzycy (a raczej wytwórnia Columbia) postawili sobie za cel. Już tylko z samych albumów "Fahrenheit" oraz "The Seventh One" - pod wokalnym przewodnictwem Josepha Williamsa, a też i dzisiejszego pierwszego głosu Toto - dałoby się wykroić jedną, naprawdę mocną płytę. A tak, cóż... powstała kolejna bliźniacza kompilacja do tuzina wcześniejszych. No i te trzy premierowe utwory... niestety ociekające przeciętnością. Trudno uwierzyć, że muzycy zdecydowali się je z taką dumą wyeksponować, szczególnie po tak fantastycznym niedawnym "Toto XIV". Po mistrzowskim albumie, który radował mnogością pomysłów, utrzymanych w duchu dawnych eleganckich zagrywek i wyszukanych
... and now
melodii. Bowiem, przed trzema laty, objawili nam się Toto jakich kochamy, i jakich nadal byśmy pragnęli, a tymczasem trzy średniaki, z których najlepszym otwierający całość "Alone". Mizerię pozostałych dwóch ("Spanish Sea" oraz "Struck By Lightning") może tłumaczyć fakt ich powstania jeszcze przed powrotem grupy do mocnej formy. "Spanish Sea" datuje się przyjściem na świat w 1984 roku, a więc w epoce (świetnej przecież) płyty "Isolation" - jedynej ze zmarłym niedawno Fergiem Frederiksenem, z kolei "Struck By Lightning" - tak jak "Spanish Sea", także nagrany w obecnym składzie - również powstał dawno temu, co stawia oba te twory w roli zwykłych odrzutów. Toto, zamiast pozbyć się ich bezpowrotnie, postanowili dać im drugie życie, no i wyszło, jak wyszło.
Reasumując; nowe piosenki do zakupu omawianej płyty nie zachęcają, największe przeboje wszyscy mają od zawsze, na co więc komu ta płyta?






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





poniedziałek, 19 lutego 2018

potrójny kiler

Obawiałem się frekwencji podczas wczorajszo-dzisiejszego Nawiedzonego, ale na podstawie Facebookowych polubień widzę, że nic nie ubyło, niestety też nie przybyło - constans. Znaczy: perfekt. Koncert Stevena Wilsona pochłonął całą Salę Ziemi, został wyprzedany już dawno temu, ale nikogo mi nie podebrał. Wśród uczestników wydarzenia widać, nie było Słuchaczy audycji z najlepszą muzyką. Warto więc było pograć na maksimum możliwości, co zresztą uczyniłbym nawet, gdyby przy odbiorniku nudził się jeden słuchacz.
Odpuściłem występ Stefka, ponieważ widziałem Artystę dobrych pięć, może nawet siedem razy. Zarówno solo, jak też z nieaktywnymi od lat Porcupine Tree, także... Inna sprawa, że na pewno za chwilę spotkam kogoś, kto podpyta: byłeś?, nie?, żałuj, to był najlepszy koncert Wilsona. Hmmm... zdążyłem się przyzwyczaić, że zawsze bywam na tych mniej udanych.
Ja jednak czekam na Magnum. Przede wszystkim, tylko i wyłącznie. Podniecenia szczyt zbliża się wielkimi krokami. Jeszcze tylko ponad półtora miesiąca, i.... i na scenie Tony Clarkin, Bob Catley, plus reszta kompanii. Kto jeszcze nie ma biletu, czym prędzej start do bileterii, bo później będzie płacz i zgrzytanie zębów. Tego nie można przegapić!
Na szczęście w ostatnich dniach nie opuścił nas żaden artysta, więc wczorajsza audycja potoczyła się normalnym trybem, bez zapalania świeczek. I dobrze, niech już tak pozostanie.
Dzisiaj 48-urodziny obchodzi Joacim Cans - wokalista HammerFall - wszystkiego let the hammerfall Mistrzu! 70-tkę obchodzi Tony Iommi - miej się dobrze wielbiony Poczciwoto!, 54 lata kończy gitarzysta Whitesnake czy Revolution Saints, Doug Aldrich - zdrówka i weny!, 55 lat Seal - też wszystkiego naj naj naj!, 78 lat Smokey Robinson - tego Tobie, co wszystkim do tej pory, Mistrzu!. I na pewno jeszcze kogoś pominąłem. Sypnęło więc laurkami, niczym konfetti. Niech się naszym art-pupilom tylko dobrze dzieje!.
I jeszcze na koniec, taka ciekawostka... bo właśnie sobie przypomniałem... otóż, po tekście wspominającym katowicki koncert Genesis ze stycznia 1998 roku, rozmówiłem się w tym temacie z Czytelnikiem Markiem, który tamtego dnia, jako bardzo młody człowiek, także podążał do stolicy Górnego Śląska pociągiem, by posłuchać na żywo swoich ulubieńców - którymi obok niepokonanych Ayreon, podobno są do dzisiaj. Wówczas chyba się jeszcze z Markiem nie znaliśmy, więc możliwa wersja, że ze sobą podczas koncertu sąsiadowaliśmy, a być może nawet dzieliliśmy wspólny wagonowy korytarz, ale dopiero po latach wymieniliśmy się wrażeniami. Nie o samym koncercie tym razem będzie, a o... otóż Mareczek rozbawił mnie opowiedzianą historią, przy okazji przypominając, co wówczas było kasowym kinowym hitem. Rodzice Marka nie chcieli takiego małolata puścić w świat samego, tak więc poświęcił się jego Tata, który wybrał się wówczas z synem do Katowic, a że samym koncertem nie był zainteresowany, wybrał opcję przeczekania wydarzenia w jednym z katowickich kin. Kupił więc trzy bilety na trzy następujące po sobie seanse robiącego wówczas furorę pierwszego "Kilera". Że też mu przepona nie siadła. Ojczulek klasa. I to też jest swego rodzaju rock'n'roll. 






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 18 lutego 2018 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań






"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 18 lutego 2018 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski







SAXON - "Thunderbolt" - (2018) -
- Nosferatu (The Vampire's Waltz)
- They Played Rock And Roll

MAGNUM - "Lost On The Road To Eternity" - (2018) -
- Lost On The Road To Eternity - {featuring TOBIAS SAMMET}

AMMUNITION - "Ammunition" - (2018) -
- Freedom Finder
- Bad Bones

SHAKRA - "Snakes & Ladders" - (2017) -
- Cassandra's Curse
- Open Water
- The End Of Days

SAXON - "Destiny" - (1988) -
- Ride Like The Wind - {Christopher Cross cover}

BOULEVARD - "IV: Luminescence" - (2017) -
- Laugh Or Cry

FM - "Indiscreet" - (1986 / reedycja 2012) -
z dodatkowego dysku:
- Let Love Be The Leader (extended remix) - nagranie z 1987 r.

TOTO - "40 Trips Around The Sun" - (2018) -
- Alone - {newly recorded}
- Spanish Sea - {newly recorded} - kompozycja powstała już w 1984 r.

RICK SPRINGFIELD - "The Snake King" - (2018) -
- In The Land Of The Blind
- The Devil That You Know

URIAH HEEP - "On The Rebound - A Very 'Eavy 40th Anniversary Collection" - (2010) -
- You Are The Only One - {previously unreleased} - "Wake The Sleeper" sessions, 2008

CHRISTOPHER CROSS - "The Definitive Christopher Cross" - (2001) -
- Ride Like The Wind - {oryginalnie na LP "Christopher Cross", 1979}

CHRISTOPHER CROSS - "Take Me As I Am" - (2017) -
- Haila
- Take Me As I Am
- Old Days
- River Of Tears

===================================
===================================

kącik: "Szanujmy wspomnienia, czyli cudze chwalicie swego nie znacie"


METRUM - "Zielony Dach" - (2018) -
nagrania z 1977 roku
- Mówię Do Ciebie
- Zimowy Spacer Boba
- Droga Do Domu
- Wesoły Mrówkojad
- Zielony Dach

===================================
===================================

OLETA ADAMS - "Evolution" - (1993) -
- Hold Me For A While

CHAMPLIN, WILLIAMS, FRIESTEDT - "CWF" - (2015) -
- After The Love Has Gone - {Earth, Wind & Fire cover}

CHICAGO - "Chicago XI" - (1977) -
- Policeman - {śpiew ROBERT LAMM}
- Take Me Back To Chicago - {śpiew ROBERT LAMM}
- Prelude (Little One) - {śpiew TERRY KATH}
- Little One - {śpiew TERRY KATH}

BAD COMPANY - "Fame And Fortune" - (1986) -
- This Love
- Long Walk
- If I'm Sleeping

BAD COMPANY - "Dangerous Age" - (1988) -
- No Smoke Without A Fire
- Something About You






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




niedziela, 18 lutego 2018

SAXON - "Thunderbolt" - (2018) -








SAXON
"Thunderbolt"
(SILVER LIVING)

***3/4





Saxon od zawsze grają swoje, i za to im chwała. Odnoszę nawet wrażenie, że im dłużej, tym ostrzej. Niech sympatycy w Polsce osławionego "Broken Heroes" nie czynią sobie nadziei, ekipa Biffa Byforda nie ma zamiaru splatać ładnych melodyjek pod przebojowe listy, nawet jeśli militaria, wojny, czy ich przegrani lub bohaterowie, od lat przemykają w zespołowych lirycznych warstwach piosenek. Brytyjczykom należy się szacunek za nie bycie trendy, za niepołakomienia o ekstra zyski oraz słomianą sławę. Grupa i tak posiada potężne grono zagorzałych wielbicieli, nie potrzebując przypadkowego audytorium, które ukłoniłoby się tylko na moment - z powodu jakiejś balladki. Inną kwestią, iż Saxon od dawna nie realizują już przebojowych dzieł, na miarę "Wheels Of Steel", "Innocence Is No Excuse", bądź "Denim And Leather". Zapomnijmy o tamtych czasach, albowiem zacni przedstawiciele NWOBHM tkwią w innym miejscu. Tak więc, na bok wspomnienia, pora na muskularność i rozżarzone tempa.
Wydany niedawno "Thunderbolt" (Biff sugeruje, iż zainspirowany bogami greckiej mitologii), co prawda w niczym nie przewyższa wciąż świeżych "Sacrifice" (2013) czy "Battering Ram" (2015), ale potrafi pójść z nimi ramię w ramię, przyjemnie pieszcząc uszy bombastycznymi melodiami.
Pierwszą, tuż po 1,5-minutowym intro "Olympus Rising", mamy na samym wstępie, to tytułowe "Thunderbolt" - w którym Biff powoła się na Homerowską Odyseję, Posejdona, Zeusa, bogów z Olimpu, plus nieco piorunów i płaczu niebios. Mocny numer, idealny na początek płyty, a kto wie... może i któregoś z najbliższych koncertów?. Jest charakterystyczny zadzior, dobre proste riffy, utrwalająca się melodia - czego chcieć więcej? Tak ostro, a czasem jeszcze ostrzej, bywa w "Speed Merchants", "A Wizards Tale", bądź w "Sniper". Ale nie zabraknie nam podrasowanego Saxon, które puszcza oko do entuzjastów okresu pomiędzy "Wheels Of Steel" a "Forever Free". Mam na myśli, co prawda też charakterne i niepozwalające się ograbić współczesnej produkcji, lecz lżej i melodyjniej się niosące: "The Secret Of Flight" ("...człowiek zawsze spoglądał w niebo marząc, by pewnego dnia ku niemu się wzbić, niczym orzeł brnący poza wzroku zasięg, poszukując sekretu, sekretu lotu..."), "Roadie's Song", "Sons Of Odin" czy "They Played Rock And Roll". Ten ostatni (jak zresztą cały album)  zadedykowano zmarłemu liderowi Motörhead, Lemmy'emu Kilmisterowi ("...był rok 1979, gdy wzniósł się bombowiec, grali rock'n'rolla nie śpiąc, bo trasa trwała do upadłego... Adrenalina, skóra, pot, decybele miażdżące twój mózg i zasypianie w blasku słonecznych promieni... Bas jak grzmot, bębny ze stali, wściekłe gitary...").
Jest też taki numer "Predator" ("... naturalnie poczęci zabójcy, których nigdy nie brakowało, szkolą się od urodzenia, doskonalą umiejętności, nie mają wątpliwości, by zabijać..."), w którym gościnnie zaśpiewał, a raczej zagrowlingował Johan Hegg - wokalista Amon Amarth. Kolejna mocna rzecz. Zupełnie tak piszę, jakby tu nie było tylko samych rzeczy mocnych i mocniejszych.
No i jeszcze taki podszyty organami smaczek "Nosferatu (The Vampire's Waltz)". Utwór podany na kompakcie w dwóch wersjach (na LP tylko w jednej). Pierwszej - o pełnym rozmachu, oraz drugiej - tak zwanej: surowej. Ciekaw jestem, co by na ten kawał żelaza powiedział swoim Słuchaczom Jego Wampiryczność Nosferatu Tomasz Beksiński? - ("... zło zakrada się w ciemności, a w powietrzu unosi zapach śmierci, samotna dusza powraca do domu, mając poczucie, że nie jest sama...").
Na części koncertowej trasy, Saxon będą dzielić scenę z Magnum, szkoda, że akurat nie 8 kwietnia w Bydgoszczy.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




Wszystkie pieniądze świata

Wybrałem się na najnowszy film Ridleya Scotta, pomimo iż jego osławiony "Gladiator" wynudził mnie w swoim czasie niemiłosiernie. Jednak "Wszystkie pieniądze świata" to kompletnie inne kino, w dodatku oparte na autentycznym wydarzeniu. O tym, czym są pieniądze, co dla niektórych ludzi znaczą, i co potrafią z nimi samymi zrobić. Mafia, porwanie, przemoc, brutalizm, plus walka o życie.
Porwanie wnuka najbogatszemu człowiekowi świata, dla którego uratowanie mu życia warte tyle, co ewentualny kolejny dobry interes zbity na przekręcie fiskusa. Bogacz nie ma ochoty płacić. Matczyne łzy i ranga sprawy nie robią wrażenia na człowieku, który jakże by inaczej, bezustannie deklaruje miłość do młodzieńca. Twierdzi jednak, że gdyby miał dwadzieścia czworo wnucząt, znalazło by się dwadzieścia cztery powodów, by zechciano go ograbić. Nie może więc się ugiąć. Na nic błagania matki, cierpienia chłopaka... nawet podesłane jako dowód obcięte ucho, nie robią na obrzydliwie bogatym starcu wrażenia. Rzecz więc o tym, jak zdobywana fortuna stoi ponad ludzkie uczucia, ponad ludzkie życie.
Mocne kino, rozkręcające się powoli, którego dramaturgia mknie od zwykłej sensacji, aż po prawdziwy thriller. Film może z początku wydawać się nieco przydługawy, a nawet pretendować do rozwlekłego tasiemca, z czasem jednak nabiera tempa, by w części finalnej przerodzić się w zaciśnięte pięści, a którego happy end pozostawia gorzki smak.
Scena obcinania młodzieńcowi ucha, naprawdę bardzo mocna. Przyznam, że z wrażenia sam się za własne chwyciłem.
Szkoda tylko, że do kina przychodzi tyle ludzkich świń. Przepraszam jednocześnie poczciwe urocze zwierzaczki, które nie zasługują na porównanie do istot, które z kina robią istny syf. Ciekawe, czy w swoich domach paskudzą równie efektownie podczas oglądania filmu w telewizorze? Trudno policzyć stanowiska z porozrzucanym popcornem i pozostawionymi butelkami po napojach, ale w niektórych miejscach zastanawiałem się, czy bydło powylewało niedopitą colę, czy po prostu się zeszczało.
Obok mnie usiadł jakiś nienażarty wychudzony dupek, który z początku mlaskał, siorbał i szeleszczał papierkiem, wyjmując co kilka sekund po jednym kawałku chrupka. Już planowałem wysłać mu słowną reprymendę, ale jakby wyczuł zagrożenie, i dosłownie w tym momencie przestał żreć. Pod koniec filmu prymityw nie mógł doczekać napisów, więc co chwilę sprawdzał czas w swojej prehistorycznej komórce, albowiem obsługa smartfonu, to dla jego mózgu nadal nieosiągalny pułap. Przewidywalnie więc, po przywróceniu na sali świateł, bez chwili refleksji wstał i wyszedł, pozostawiając po sobie jebniętą na ziemię butelkę po półlitrowej coli. Bo na cholerę przynajmniej było pozostawić ją w krzesełkowym koszyczku. Aż chciałoby się takiemu durniowi wbić czip debilizmu do ucha, wszak jasno widać, że przed chwilą obejrzana historia nie wywołała w nim żadnej refleksji, ni ludzkich odruchów.
Stać mnie na zwrócenie uwagi, nawet osiłkowi przewyższającemu mnie wzrostem i masą (co łatwym nie jest), więc lepiej nie drażnić rekina. Pamiętam, jak w swoim czasie, w kinie Rialto degustowałem pewien niełatwy film z Meryl Streep (bodaj "Godziny"), a jacyś młodzieńcy bezustannie żarli chwilę wcześniej zakupionego McDonalda... do pewnego momentu dawałem im szansę, aż w pewnej chwili dosłownie ryknąłem mało wyszukanie: albo dalej żrecie i wypierdalacie z kina, albo koniec chlewu i wczuwamy się w film. Cisza jak makiem zasiał. I tak trzymać.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






piątek, 16 lutego 2018

STARBLIND - "Never Seen Again" - (2017) -










STARBLIND
"Never Seen Again"
(PURE STEEL RECORDS)

***





Poniższym szwedzkim kwintetem powinni się czym prędzej zainteresować najzagorzalsi sympatycy Iron Maiden. Słucham właśnie ich najnowszego trzeciego albumu "Never Seen Again", i nie przychodzą mi żadne inne skojarzenia. Oczywiście można powołać się przy tej okazji na innych dostarczycieli mocnych wrażeń nurtu NWOBHM, lecz na usta ciśnie się tylko jedna wcześniej przywołana ekipa.
Muzycy Starblind są przesiąknięci do ostatniej nitki twórczością (głównie okresu lat osiemdziesiątych) Żelaznej Dziewicy, i co ciekawe: w ich przypadku także po drugim albumie nastąpiła zmiana na fotelu wokalisty. Widać, historia lubi o sobie przypomnieć. Pan nazywa się Marcus Sannefjord Olkerud, liczy sobie 26 lat, i niestety nie ma tak barwnego głosu, co Bruce Dickinson, lecz oktawową skalą możliwości nie pozwala się zepchnąć do defensywy. Jego koledzy grają z polotem (na dwie gitary. pomimo iż Maideni od półtorej dekady kroją na trzy!), kombinatorsko, melodyjnie, czasem aż do bólu bliźniaczo-maidenowsko, choć do brzmienia basu Steve'a Harrisa, Danielowi Tilbergowi brakuje całej Drogi Mlecznej.
Starblind jak do tej pory nie spłodzili jeszcze wiekopomnych nut, na miarę "22 Acacia Avenue", "The Number Of The Beast", "Run To The Hills" czy "The Trooper", ale wszystko przed nimi. Nawet jeśli od razu wiadomo, iż matka natura nie obdarzyła Skandynawów żyłką kompozytorską pokroju Dickinsona/Smitha/Harrisa/Gersa i Murraya. Warto jednak dać im szansę, może kiedyś, kto wie...
Przydałaby się również bardziej rasowa produkcja. Nie stawiam nieosiągalnej zapory na miarę Martina Bircha, ale dzisiejszy fan dyskretnego szczęku blach bywa jeszcze bardziej wymagający, niż w czasach "The Number Of The Beast", a omawiane "Never Seen Again" nawet przez moment nie zagraża pod tym względem swemu o ponad trzy- i pół dekady starszemu bratu.
Nie oczekujmy też godnych następców wielowątkowych "Powerslave", "Rime Of The Ancient Mariner" czy "Hallowed Be Thy Name", choć przyjemnie rozbudowane "Eternally Bound" oraz "The Last Stand", naprawdę wyborne. Pozostałą część repertuaru z "Never Seen Again" wypełniają niewymuszone miotacze, z których głowic tylko czerpać nektary.
Na przebojowe branie mogą liczyć "The Shadow Out Of Time" lub "Pride And Glory", a już takie "The Everlasting Dream Of Light", to wypisz wymaluj kombinacja Iron Maiden'owskich "The Clairvoyant" oraz "Caught Somewhere In Time". Tym samym skoncentrowałem Szanownych Państwa uwagę na ledwie połowie albumu, a przed nami jeszcze drugie tyle. Tkwię w przekonaniu, iż każdy fan Maidens doszuka się na przeróżnych etapach omówionego dzieła własnych porównań - jakby nie było - względem najlepszej metalowej orkiestry wszech czasów. Życzę dobrego odbioru, nawet jeśli nowych lądów nikt tu nie odkryje.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"