piątek, 29 września 2017

nowoczesność w domu i zagrodzie

W pestkowym Saturnie od rana spore zamieszanie przeżywał dział muzyczny. Klienci dopytywali o nowiuśkiego Davida Gilmoura, bowiem na półkach brak. A że dzień premiery nastał, więc ma być - koniec kropka. Panowie z obsługi szybko towar metkują, co niektóre wydania opancerzając ochronnymi pudełkami... Już na samo dzień dobry zabrakło wydania 2 CD + 2 Blu-ray. Wszystkich pięć egzemplarzy zauważyłem w przegródkach internetowego działu zamówień. I teraz pytanie: tylko tyle dyskont zamówił, czy nastąpiła ze strony dystrybutora reglamentacja? Na szczęście Nawiedzony woli muzyki posłuchać, nawet jeśli to konkretne przedstawienie odbyło się w legendarnym Amfiteatrze w Pompejach.
Zainteresowanie spore. Tylko podczas moich kilkunastu minut kilka osób upomniało się o najważniejszą premierę dnia. Nikt jednak nie wykazał zainteresowania skromną 2-płytową edycją, taką tylko do posłuchania (79,90 zł przy zamówieniu internetowym, 89,90 zł z tzw.buta). Wszystkie pytki tylko, czy jest DVD lub Blu-ray?. Człowiek musi zobaczyć, dotknąć, pomacać... taka natura. Dlatego z kartonów obsługa stoiska muzycznego głównie wyciągała większe okładki - te filmowe - plus kilka 3-płytowych boxów winylowych, za zaledwie dwie i pół stówki. Mimo niemałej ceny, warto. Wszak ta muzyka nigdy nie ulegnie przedawnieniu, a owe dwie i pół setki rozejdzie się na jeden prozaiczny koszyk spożywczych sprawunków.
Podglądając pracę sprzedawców Saturna - a raczej ich zapieprz - pomyślałem, że wciąż nam daleko do prawdziwego świata. Niestety jest on pokutą za wieloletnią nieuczciwość. Pamiętam czasy, gdy nasi dystrybutorzy rozsyłali do sklepów towar odpowiednio wcześniej, a sklepikarze nie trzymali się terminów światowych premier. Gdy jeszcze premiery były w poniedziałki, sklepy najczęściej otrzymywały towar w poprzedzający go piątek, i rzadko który sprzedawca czekał z płytami przez weekend do konkretnego dnia. Hmmm, w poniedziałek raczej faksowało się do dystrybutora już po kolejną partię kompaktów. Z tego tytułu przez lata narosły nieprzyjemności i problemy, co w konsekwencji usztywniło elastyczność dostaw i zaufanie względem nawet tych najuczciwszych sklepów. Doszło do tego, że obecne premiery piątkowe, sklepy otrzymują w konkretny piątek. A tak po prawdzie, towar powinien dotrzeć do magazynów przynajmniej 24h wcześniej, tak by można go przygotować na dzień premiery. Wbić do systemu, pometkować, założyć zabezpieczenia, itd... Klient w taki piątek powinien wejść do składu o dziesiątej rano i ściągnąć interesującą go nowość z półki, a nie dopiero czekać aż panowie się wyrobią na godzinę jedenastą, albo jeszcze później.
Dobrze wspominam dawną niemiecką sieć WOM (World Of Music). Niegdyś regularnie zaglądałem do jednego ze sklepów na berlińskim Kudamie. Sklepu genialnie zaopatrzonego - włącznie z wydaniami amerykańskimi i japońskimi. I tam był taki zwyczaj, że premiery można było wziąć do ręki już na kilka dni przed oficjalną datą. Nie można było ich nabyć, ale pomacać jak najbardziej. Niemcy byli nie do przekupienia. Nie było szans na wyrwanie czegokolwiek przed premierą. Kod paskowy zablokowany i dopiero przykładowego poniedziałku o godzinie
dziesiątej blokady puszczały. Od tamtych wydarzeń upłynęło circa piętnaście, może nawet dwadzieścia lat, ów system wciąż do nas nie dotarł, w zamian zaś dobrze się ma swojska "nowoczesność w domu i zagrodzie".

P.S. A osamotniona Sophie Ellis Bextor "Familia", w wydaniu digibookowym, gnije sobie w dziale przecen za 20 zł. Może ktoś ocali tę piękną płytę od zapomnienia?






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")




środa, 27 września 2017

70-tka Meat Loafa !

27 września 1947 roku na świat przyszedł Marvin Lee Aday, później bardziej znany jako Meat Loaf. Wychodzi na to, że dzisiejszej środy Klopsik ukończył równe 70 lat. Wszystkiego najlepszego od Nawiedzonego Studia !!! Niech się tylko dobrze dzieje.
Kiedy poznawałem pierwsze nagrania jednego z moich ulubieńców nie miałem pojęcia, że będę kiedyś pisać bloga, na którym pogratuluję mu 70-urodzin i wciąż będę oddanym miłośnikiem jego talentu. Co prawda w ostatnich latach doświadczam z jego strony sporo rozczarowań, jednak nadal w niego wierzę i kibicuję temu wspaniałemu wokaliście, kompozytorowi, a także aktorowi.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")






teraz gniot

Słuchajcie, w związku z nową płytą jest propozycja przeprowadzenia wywiadu z OMD. Kto bierze? - pada w redakcji zapytanie. Ja biorę - odpowiada jeden z redaktorów. Tylko wiesz, dajemy obszerny materiał, tak więc płyta na cztery gwiazdki - dopełnia ktoś ważny w redakcji. Ok, zatem OMD ma kto zrobić, to słuchajcie koledzy, a kto przygarnie Black Country Communion? Goście po przerwie wydali nową, zdaje się dobrą płytę, też trzeba poświęcić nieco miejsca w najnowszym numerze.... Oooo, ja chętnie wezmę - ktoś z kolektywu deklaruje. Taka płyta jeszcze nieprzesłuchana, a już ma minimum cztery gwiazdki (myśli elokwent), natomiast pięć, gdy wszystkim podniesiemy ciśnienie - uzupełnia szczęściarz swą myśl. Przecież tam gra Bonamassa, a i jeszcze synalek Bonzo, to już zacieram rączki! Będzie czym zapchać numer, szary lud wszystko łyknie, tym bardziej, że papierowej konkurencji nie strach. A teraz rozdzielam płyty, ty masz Strachy na Lachy, ty masz Neila Younga, a ty Starsailor., Jak to, Starsailor? - przyjmuje propozycję inicjałek mw. Jezu, to oni jeszcze grają? I co ja mam o tych starych pierdzielach napisać? Kto ich dzisiaj pamięta? Jeszcze nie posłuchałem, a już wiadomo, że trzech gwiazdek nie przeskoczą. Co, może mam się jeszcze wczuwać w te banały? - roztrząsa przyszły recenzent renomowanego przecież magazynu.
Tak właśnie sobie wyobrażam pracę pewnego niezatapialnego pisma, któremu dużo się wydaje. A najbardziej, że jest samotnym żaglowcem na bezkresie wód. Pismu, którego pewien ważny gryzipiór już od wstępu sugeruje, że dzisiaj każdemu wolno pisać recenzyjki, a tym bardziej fanom rocka, których tuziny w wirtualnej rzeczywistości. Możecie sobie ich czytać, choć bzdury wypisują, nie to co my utytułowani dziennikarze - inteligentnie sugerując - najdelikatniej, jak to możliwe. Znawcy i wyrocznie rodzimej i zagranicznej fonografii, to tylko my. Od lat ci sami, w tej samej obsadzie, ciasnej, ścisłej, hermetycznej.
Właśnie przeczytałem, że o pewnej przepięknej płycie, która nie tylko mnie zmiotła z powierzchni, pewien znawca pozwolił sobie na określenie zespołu "sympatyczną kapelą", po chwili poddając określenie pod wątpliwość: "czy to komplement?". I dalej: "parę zgrabnych melodii nie wystarczy, aby wznieść się ponad radiową przeciętność". I w tym momencie odpuszczam dalsze tego cytowanie, by zaoszczędzić nerwów własnych, a i nie dopuścić się obrażenia owego pismaka, którego "zgrabne melodie" wycenione na dwie i pół gwiazdunie, mogłyby niechcący zabić. Hmmm... myślę głośno zatem i ja, jemu przecież także wolno wypisywać czego dusza zapragnie, a jeszcze mu zapłacą. A raczej zapłacimy - my wszyscy, którzy każdego miesiąca czytamy wypociny owych "gwiazdorków".
Obiecywałem sobie niejednokrotnie porzucić ten zupełnie "niewyznacznikowy" magazyn, kupowany z jakiegoś niewytłumaczalnego przyzwyczajenia, z miesiąca na miesiąc dając mu kolejną szansę. Właśnie nadszedł kres. Dość opinii ludzi wyzbytych charyzmy, klarownych indywidualności, a zwyczajnych ślizgaczy i przepisywaczy z internetu. Zupełnie pozbawione emocjonalności dziadygi. Jesteście beznadziejni. W ogóle nie słuchacie muzyki, nie potraficie jej przeżywać należycie, nie słyszycie tego, co naprawdę wspaniałe. Najlepsza płyta przepadnie, jeśli nie przysporzy profitów. Wiem wiem, trzeba z czegoś żyć, ale też należy mieć na czym czapkę nosić. Wychwalajcie sobie te wasze Kulty, Luxtorpedy, Comy, i tym podobne przereklamowane i zakolesiowane kapelki. Mnie nie nabierzecie.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")




poniedziałek, 25 września 2017

KRYPTONITE - "Kryptonite" - (2017) - / THE NIGHTS - "The Nights" - (2017) -




KRYPTONITE
"Kryptonite"
(FRONTIERS RECORDS)
***1/3








THE NIGHTS
"The Nights"
(KAIKU / FRONTIERS RECORDS)
***3/4






Niezmordowany szef Frontiers Records - Serafino Perugino - nie po raz pierwszy wpadł na pomysł utworzenia kolejnej supergrupy. Przy czym dodać należy, że jako ojciec chrzestny tego włoskiego koncernu, spełnia wszystkie swe zachcianki. Na szczęście obywa się bez ofiar, a w imię sztuki, która też nie zawsze przynosi spodziewane profity. Na drugiego po Bogu - w owej Frontiersowej hierarchii - wyrósł w ostatnim czasie Alessandro Del Vecchio. Ten uzdolniony wszechstronny muzyk (choć najczęściej klawiszowiec), a i również wzięty producent, należy do bardzo lubianych postaci, co tylko w zasadzie ułatwia kontakty z wszystkimi muzykami pozyskanymi do Frontiers za sprawą kusząco-perspektywicznych kontraktów.
Całkiem niedawno panowie Del Vecchio oraz Perugino rozprawiali nad spleceniem kolejnego sztucznego tworu, w którym się jednak wytworzy dobra chemia, no i na którym da się jeszcze zarobić. I oto jest, przed nami szwedzki kwartet Kryptonite, na którego wokalnym czele staje frontman The Poodles - Jakob Samuels. Z kolei na basie jego były Poodles'owy kompan - Pontus Egberg (ostatnio zasilający grupę Kinga Diamonda), na gitarze zaś wycina niezwykle uzdolniony i robiący coraz większe postępy Michael Palace - pamiętny jego band Palace i niedawno opublikowana nad wyraz udana płyta "Master Of The Universe". Składu dopełnia były już bębniarz melodyjnych Eclipse, a obecnie zasilający szeregi Mustasch, Robban Bäck. Ich niedawno wydany debiutancki album prezentuje atrakcyjny repertuar hard rockowy, wzmocniony fajną barwą głosu Jakoba Samuelsa (ten facet idealnie wpasowałby się w rolę zmiennika Axla Rose'a w Guns N'Roses), niestety niepotrzebnie zmiękczony wszechobecnością delikatnych instrumentów klawiszowych - skądinąd bardzo dobrego i wspomnianego przed chwilą Del Vecchio. Jego obecność w przypadku tej konkretnej płyty, nie da się ukryć, nie wyszła zespołowi na dobre.
Płytę brawurowo otwiera chwytliwy "Chasing Fire", którego rolą powtarzany słowami "chasing fire" refren, przez co dający się błyskawicznie oswoić i rzucić marzeniami na wielką scenę. Równie przebojowym fragmentem zamykający całość "No Retreat No Surrender", a pomiędzy niemało równie udanych piosenek, które zapewne ucieszą entuzjastów typowo amerykańskiej, nieco ugładzonej odmiany heavy rocka. Momentami nawet podążając ku estetyce hair metalu.
Myślę, że w kategorii melodyjnego heavy, o wiele ciekawiej spisała się nowa fińska ekipa, o nazwie The Nights. Tę młodą, a powstałą przed dwoma laty grupę, utworzyli: wokalista i kompozytor Sami Hyde - współpracownik nieco bardziej utytułowanego Tony'ego Millsa (tego od Shy i TNT), plus Ilkka Wirtanen. Ten drugi muzyk pełni także rolę producenta, choć przede wszystkim jest gitarzystą, instrumentalistą klawiszowym, jak i programistą, a do tego pełniący wraz z Millsem rolę zespołowego kompozytora. Obu panów w studio wspomagają dodatkowi muzycy, pełniący role gitarzysty, basisty oraz perkusisty.
Grupa gra piekielnie melodyjne, chwytliwe piosenki, i być może także nieco słodkawe, jednak nie można nie docenić perfekcyjnego klawiszowo-gitarowego warsztatu oraz uroku tak soczystych kawałków, jak: "Take Me To Heaven", "Hold On", "Welcome To The Show", "Juliette", w tym absolutnie przodującego "In A Blink Of An Eye". Za ozdobę dzieła należy też uznać najdłuższy, bo aż 8-minutowy "Elegy (You Should Be Here)". Tutaj okazała melodia w sposób niewymuszony koresponduje z gitarową maestrią Wirtanena (któremu nareszcie przyszło pokazać cały swój kunszt) oraz zmianami temp i nastrojów, jakie całość oferuje. Świetna kompozycja, świadcząca także o wielowymiarowych ambicjach Hyde'a i Wirtanena. Być może ewentualna następna płyta wprowadzi nazwę The Nights na art-rockowe salony?





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")





moonlight and vodka

Katar leczony trwa tydzień, nieleczony siedem dni. Stara prawda, która akurat mnie nie dotyczy. Od dziecka wszelkie infekcje przechodzę dotkliwiej i dłużej. Po nieżycie, zaraz przyklei się kaszel, także zaczerwienione gardło, itp... Jednak mimo przeciwnościom losu jakoś wczoraj poszło.
Zabrakło czasu na Foreigner. Źle go wyliczyłem, zatem jedynka Cudzoziemców wskakuje do audycyjnej poczekalni.
Jesień obradza płytowymi nowościami. Jest ich strasznie dużo. Tak dużo, że nie do ogarnięcia. Najgorsze, że mnie akurat chce się słuchać starszych płyt, a później już nie nadrobię zaległości. Co ja poradzę, że wczoraj musieli zagrać Fleet Foxes, Mumford & Sons czy Simon & Garfunkel. Musieli, ponieważ taki miałem muzyczny apetyt. I gdybym wczoraj w ich miejsce zapodał kilka nowizn, to i tak nie miałbym z nich najmniejszej przyjemności, a takiego Simona z Garfunkelem nie przyniósłbym do radia przez najbliższych kilka lat.
Czy dostrzegliście Szanowni Państwo w programowej setliście dwa albumy pod wspólnym tytułem "Greatest Hits Live" ? Przypadek, wcale tego nie zaplanowałem. O Foreigner chciałem pogadać z racji ich artystycznej czterdziestki, i padło na fajną wersję "Urgent" (właśnie z tego albumu) - zaśpiewaną przez Kellyego Hansena, natomiast najnowszy dwupłytowiec Steve'a Winwooda, też zwie się niewyszukanie "Greatest Hits Live" - co akurat jak najbardziej znajduje odzwierciedlenie w doborze repertuaru.
Troszkę żałuję, że dosłownie kilku minut zabrakło na opowiedzenie historii związanej z płytą Chrisa De Burgha "Man On The Line". Tak bardzo lubianą w naszym kraju, a zarazem też moją ukochaną z bogatego dorobku tego urodzonego w Argentynie Irlandczyka.
W połowie lat osiemdziesiątych moi rodzice pojechali pociągiem na kilkudniową wycieczkę do Pragi. I jak to przed każdą taką eskapadą zapytali: syneczku, a co byś chciał, żeby ci przywieźć? Pytanie retoryczne, wiadomo - płytę. Przecież skarpet, majtek i chusteczek w szufladach po brzegi. To zapisz na kartce, będziemy z Tatą szukać - zarzuciła Mama. Już wiedziałem, że musi być lista główna + rezerwy. Szczególnie po pamiętnym chwilę wcześniejszym wypadzie rodziców do Budapesztu, z którego przywieźli Kajagoogoo "White Feathers". To dopiero historia. Proszę sobie wyobrazić, że przygotowałem listę z trzydziestoma tytułami. Były tam petardy, w rodzaju Budgie, Black Sabbath, Led Zeppelin, itp., a na ostatniej trzydziestej pozycji zapisałem nowiuśką wówczas Kajagoogoo. I tę Kajagoogoo rodzice przywieźli. Skakałem po sufit, choć było to dopiero trzydzieste marzenie. Wspomnianego Chrisa De Burgha nie pomnę pozycji z kolejnej listy pragnień, ale chyba nie była ona już tak pokaźna. Rodzice naszukali się tej płyty, bo choć w Czechosłowacji mieli dużo lepsze zaopatrzenie, to jednak też bez szału. Ale zdobyli, i z samego tego faktu ucieszyli się nie mniej ode mnie. Pamiętam jak z siostrzyczką Elą czekaliśmy na ich powrót. Ela też coś sobie zamówiła, ale jak to baba, na pewno jakąś pierdołę, a ja czekałem na muzykę. Jeszcze nie wiedziałem na jaką, ale wiedziałem, że mi przywiozą, i że będę wniebowzięty.
Rodzice mieli wrócić wieczorem - tak nam się z Elą wydawało, jednak godzina dwudziesta..., po czym dwudziesta pierwsza..., a tu nic... Zaprosiliśmy sobie osiedlowe towarzystwo, by w fajnej atmosferze jakoś do ich powrotu przeleciało. Wywiązała się nawet z tego niezła impreza, a Państwa Masłowskich jak nie ma, tak nie ma. Goście po północy rozeszli się do swych domostw, nastała cisza, posprzątaliśmy ładnie mieszkanko z Sisterką, by staruszków nie wkurzyć. Chałupa przewietrzona, wyspray'owana, choć i tak po papierosach nie było szans, by Mama nie poczuła. Nigdy paskudztwa nie tolerowała, przez co u mnie w mieszkaniu nie palono. Nawet goście mojej starszyzny, musieli na ćmiczka na balkonik, a i mamuśka jeszcze lubiła dopiec, że śmierdziuchy z nich, i tyle.
Tak byłem zmęczony tym oczekiwaniem na powrót rodzicielków z tej czeskiej dziś, a wówczas czechosłowackiej ziemi, że koniec końców zasnąłem. Ela jednak nie dała za wygraną, wytrwale ich wypatrując. I w pewnym momencie czuję trącane ramię, do tego entuzjastyczny głos: "brachol, wrócili, wstawaj!". Zmęczeni, uśmiechnięci, zawaleni siatkami z zakupami, wreszcie dotarli. Mama tylko oznajmiła, że jutro wszystko opowiedzą, a tymczasem: Andrzejuś, masz tu płytę, z Tatą ci kupiliśmy. Ta, zapakowana w firmowy papier Supraphonu, ciekawe tylko jaka? !!! Zdzieram co niepotrzebne i wyłania się "Man On The Line". O Jezu !!! Szał. Dzisiaj szał nie do opisania. I jak tu normalnie po czymś takim ponownie zasnąć?, ale jednak zasnąłem. Być może z powodu całej tej dramaturgii. Od poranka już tylko słuchanie raz po razie, i gdzieś po krótkim czasie odkrycie, że na dostrzeżonej na którejś giełdzie zachodniej edycji widnieje w miejsce mojej "Don't Pay The Ferryman" piosenka "Moonlight And Vodka". Wówczas pomyślałem, że tak ma być, wszak nie znając jeszcze albumu "The Getaway" uznałem poprawność czechosłowackiej edycji. Szybko jednak zreflektowałem się o działaniu cenzury, która u naszych południowych sąsiadów była równie czujna, co u nas. Teraz wiecie Drodzy Państwo, dlaczego w polskim radio pomijano fragment z Pink Floyd'owskiego albumu "The Final Cut", w którym padały słowa "...Breżniew zajął Afganistan...", jak również wycinano albumowi Budgie "Deliver Us From Evil" pierwszy numer "Bored With Russia".
W "Moonlight in Vodka" pan Krzysio śpiewa: "...wódka i blask księżyca zabierają stąd mnie, gdy w Moskwie północ, a w Los Angeles ludzie jedzą lunch...", i dalej coś, co w państwach Układu Warszawskiego przejść nie mogło: "...szpiegostwo to poważna sprawa, ale ja mam tego dość, oooo, ta dziewczyna puszcza do mnie oczko, na sto procent pracuje dla KGB...". Piękny numer, i tylko szkoda, że wyrwany z czechosłowackiej edycji. Oczywiście dzisiaj już nic sobie z tego nie robimy. Każdy przecież na półce posiada zachodni oryginał, a tamtą "český deskę" tylko sentymentalista, jak ja.
O samej płycie mógłbym napisać równie długi wywód, tylko po co?. Nie znam sympatyka Chrisa De Burgha, który by jej nie znał na pamięć. 







Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")





"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 24 września 2017 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań





"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 24 września 2017 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski







FOREIGNER - "Greatest Hits Live" - (2015) -
- Urgent

LOU GRAMM - "Ready Or Not" - (1987) -
- Until I Make You Mine

LOU GRAMM - "Long Hard Look" - (1989) -
- Tin Soldier - {Small Faces cover}

SMALL FACES - "Best Of" - (markowa kompilacja DERAM RECORDS, a mimo to nie podano daty wydania - zakupiona w latach 90-tych) -
- Tin Soldier - {singiel 1967}

WHITESNAKE - "Come An' Get It" - (1981) - 66-urodziny Davida Coverdale'a
- Come An' Get It
- Don't Break My Heart Again
- Lonely Days, Lonely Nights

DEEP PURPLE - "Long Beach 1976" - (2016) -
- Love Child

STEELHEART - "Through Worlds Of Stardust" - (2017) -
- With Love We Live Again

SNOWY WHITE - "Goldtop" - (1995) - kompilacja
- The Time Has Come - {oryginalnie na LP "Highway To The Sun", 1994}
- Bird Of Paradise - {oryginalnie na LP "White Flames", 1983}

THRESHOLD - "Legends Of The Shires" - (2017) -
- State Of Independence
- Superior Machine
- Swallowed

STEVE WINWOOD - "Greatest Hits Live" - (2017) -
- Rainmaker

PAUL WELLER - "A Kind Revolution" - (2017) -
- Long Long Road
- New York

ALVVAYS - "Antisocialites" - (2017) -
- Lollipop (Ode To Jim)
- Forget About Life

STARSAILOR - "All This Life" - (2017) -
- Break The Cycle

VAN MORRISON - "Poetic Champions Compose" - (1987) -
- Sometimes I Feel Like A Motherless Child
- Someone Like You

BRUCE SPRINGSTEEN - "Born To Run" - (1975) - 68-urodziny Bossa
- Backstreets
- Born To Run
- Jungleland

THE WAR ON DRUGS - "A Deeper Understanding" - (2017) -
- Up All Night

SIMON & GARFUNKEL - "Sounds Of Silence" - (1966) -
- Leaves That Are Green
- A Most Peculiar Man
- I Am A Rock

FLEET FOXES - "Fleet Foxes" - (2008) -
- White Winter Hymnal
- He Doesn't Know Why
- Your Protector

MUMFORD & SONS - "Sigh No More" - (2009) -
- White Blank Page
- Dust Bowl Dance

GRANT LEE BUFFALO - "Mighty Joe Moon" - (1994) -
- Mighty Joe Moon
- Demon Called Deception

THE WATERBOYS - "Out Of All This Blue" - (2017) -
- Morning Came Too Soon


=================================
=================================



"NOCNIK"

pierwsze trzy nagrania nocnego pasma z kompaktów Tomka Ziółkowskiego....




GENESIS - "Invisible Touch" - (1986) -
- Invisible Touch

STEVEN WILSON - "To The Bone" - (2017) -
- Pariah

STARSAILOR - "All This Life" - (2017) -
- FIA (F**k It All)


=================================
=================================


Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")




piątek, 22 września 2017

40-tka FOREIGNER

Niedawno gitarzysta Foreigner - Mick Jones, nawiązał współpracę z najstarszymi, a co za tym idzie: oryginalnymi członkami grupy. Chodziło o świętowanie 40-lecia zespołu, które przypada właśnie na obecny 2017 rok. Przypomnę, że od wielu lat Foreigner, to tak naprawdę Mick Jones, plus fajni, lecz nieoryginalni względem pierwowzoru, muzycy. Wokalistą stoi znakomity Kelly Hansen (ex-Hurricane, ex-Unruly Child), na basie wycina Jeff Pilson (ten z Dokken), z kolei za bębnami zasiada znany m.in. z Whitesnake Chris Frazier (album "Good To Be Bad"). Żadni więc nowicjusze, choć wiadomo, że te nazwiska nie budowały potęgi Cudzoziemców.
Pod koniec lipca grupa w składzie: Mick Jones, Lou Gramm, Dennis Elliott, Al Greenwood, Ian McDonald, Rick Willis, plus (nie wiem czy wszyscy?) jej obecni członkowie, wystąpiła w Nowym Jorku. Z przyczyn wiadomych zabrakło jedynie zmarłego w 2014 roku basisty Eda Gagliardiego. Nie był to jedyny występ w odnowionym line-upie, albowiem na początku sierpnia Foreigner zagrali na Florydzie, a na początek października zaplanowano kolejne dwa koncerty. Niestety też tylko w Stanach Zjednoczonych. Wszystko jednak zostaje utrwalane na wideo taśmach, dzięki czemu uda się wiele obejrzeć z przygotowywanego na 2018 r. DVD.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")




Biedronkowi muzyczni "kolekcjonerzy"

Ech Biedronko, co tym razem tak słabiutko? Przecież były już: "Nevermind", "Never Mind The Bollocks", "Arrival", czy "Machine Head". Czyżby po poprzedniej wyprzedaży nie udało się całkowicie opróżnić stanów magazynowych?
Kolejna Biedronkowa akcja winylowa została powiązana z mid-price'owym katalogiem Universal Music Polska. "Mid price", czyli średnia cena, a więc ta, która w przypadku winyli nie powinna w niepromocyjnym okresie przekraczać granicy 70 złotych na sklepowej półce. Oczywiście zaoszczędzone 20 złotych, to kupa forsy, szczególnie dla Poznaniaka, ale czy zaraz tam taki traf, że należy się z tego powodu spłukać do zera? Poza tym, najczęściej największą chrapę na te winylowe okazje mają ci, którzy przez cały Boży rok w ogóle nie kupują płyt, albo typowi łowcy okazji, którzy w tym konkretnym przypadku nic nie zarobią. Gdzie byli owi spece od niskich cen, gdy sieć Saturn przygotowało kapitalną ofertę pod koniec lipca? Przez zupełny przypadek się na nią załapałem, a nie chwaliłem celowo, by dać po nosie ulegającym potężnej reklamie Biedronkowiczom. Po raz kolejny wyszła ma wredna natura, ale lubię włożyć szpilę tym wszystkim nadpodatnym na kampanie bilboardowe. A Saturn przez tydzień prowadził kapitalną winylową akcję "minus 50 %". I w ofercie nie było skąpych dwudziestu tytułów, które zalegają warszawskie magazyny, a każdy sklep Saturna indywidualnie wyselekcjonował w granicach trzystu tytułów, i każdemu z nich obciął piórzyska o obiecanych pięćdziesiąt procent. A więc, jeśli płyta wcześniej kosztowała stówę, to raptem schodziła do pięćdziesięciu, natomiast przy dotychczasowej cenie siedemdziesięciu zł, taniała do granicy trzydziestu pięciu. Itd.... itd.... Stworzyły się autentyczne piękne okazje, utkane płytami Davida Bowiego, Depeche Mode, Milesa Davisa, Iron Maiden, i wielu wielu wielu innych... - czego byłem nie tylko naocznym świadkiem, ale też niedzielącym się z nikim cennymi informacjami klientem. I proszę SE wyobrazić, że przy płytach zero zainteresowanych. Nie było reklamy telewizyjnej, nie poszło do internetu, to ciemniaki nadal wyczekiwały łaski pani Biedronki, nie wiedząc, co dzieje się w wielkim świecie. Ot moje chamstwo, a i ogromna satysfakcja ze współczesnej uległości na to, co tylko po oczach błyskotkami bije. Nie powiedziałem i nie powiem w przyszłości. Chyba, że komuś, kogo jakoś szczególniej lubię.
Za rok, za dwa, takie ceny na nadwyżkowo wytłoczonych Pistolsów, Nirvanę czy Parpli, będą już standardem. Nie da się upychać co trzy miesiące w ludzkich świadomościach ciągle tych samych, bądź im podobnych okazji.
Obserwuję z lekkim złośliwym uśmieszkiem tych wszystkich uradowanych - szczególnie poznańskich - pięćdziesięciolatków, którzy dopiero teraz dorobili się takiego Deep Purple "Machine Head", albo The Police "Outlandos D'Amour". Rozumiem, że po raz pierwszy na półkę wrzuci to jakiś nowowstępujący do rockowej gwardii osiemnastolatek, ale co robił taki pierdziel przez ogromną część życia, że SE jeszcze tych Parpli i Polisów do dzisiaj nie zafundował? No, ale nareszcie teraz, bo dwie dychy opustu (bo mawia się opust, nie upust. Cen nie upuszczamy!), no i można się jeszcze na Fejsbuczku pochwalić.
I to by było na tyle. Tekst ten dedykuję każdemu, kto co mniej więcej trzy miesiące zadaje zapytania, w rodzaju: "panie Andrzeju, a co pan sądzi o tych okazjach w Biedronce?".







Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")





ucho prezesa

Ruszyło powakacyjne "Ucho Prezesa". W odcinku 18-tym, nie najnowszym - bo jest już 19-ty - jak zawsze kupa śmiechu. Najsłynniejszy detektyw Krzysztof, prosi ministra obrony narodowej o robotę w komisji: "... o samolotach nie mam pojęcia, ale hipotez panu nawalę po sufit", z kolei sam minister witając się telefonicznie z Ojcem Dyrektorem zarzuca: "tu radiosłuchacz Antoni". Sporo zamieszania wokół ministra, nawet sam Prezes bierze go na spytki: "Antoni, jesteśmy bliżej prawdy?" , tu pada odpowiedź: "jesteśmy", "to wiem, to mówię co miesiąc" - oświadcza Prezes.
Przy ministrze nie mogło zabraknąć wątku o byłym rzeczniku naszego ministra - Bartłomieju. Zza gabinetowego biurka zwrócił się do niego Prezesina: "...nigdy nie przepraszaj, a jeśli już przepraszasz, obraź jeszcze raz. To ty się nie mylisz". Odniosłem wrażenie, że zamiast satyry, wyszedł kolejny paradokument. Polecam Państwa uwadze.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")






środa, 20 września 2017

tasiemczyk

Wtorek i środa stały pod znakiem rozgrywek piłkarskiego Pucharu Polski. Wspólnym mianownikiem transmitowanych czterech spotkań były dogrywki, a w jednym z nich nawet rzuty karne. Większego zainteresowania po pustawych trybunach nie zauważyłem, choć w Zabrzu ponad dziesięć tysięcy ludzi nie wydaje się liczbą małą. Polsat Sport tradycyjnie wszystko ładnie opakował, także nawet można było na dłużej przystanąć nad pomeczową scenką, w której piłkarze Korony triumfowali, a gracze Wisły Kraków ze zwieszonymi głowami zmuszeni byli podejść pod gościnną trybunę swoich kibiców i wysłuchać żali oraz inwektyw. I trzeba dodać, że Wiślacy nie podeszli to karczychów z własnej nieprzymuszonej woli, a raczej na zasadzie: co jest k***, chodźcie no tu, co wy SE k*** myślicie? Nie będzie wyników, to mordy skute, trybuny puste i trzeba się będzie poborami podzielić. To był ten rodzaj retoryki, z którym nikt nawet nie zechce polemizować. Tym bardziej, że każdy z graczy ma z kim zasiadać do kolacji, a i maluchowi przed snem pragnie do ucha szepnąć: "kocham cię". Dwa światy. Ten kulturalno-sportowy przed telewizorem, a także typowo mafijny - reprezentowany przez napompowane katany i ogolone łby. I to jest jedna z tych spraw, które mi tak bardzo nie pasują we współczesnym polskim futbolu.
Mój syncio Tomek ostatnio nakupował nowych płyt. Chyba więcej, niż jego stary. Wyciągnąłem mu z półki najnowszych The National "Sleep Well Beast". Młodziaka ucieszyło, że znam, i że chętnie położę na gramofonie. Winyl podwójny, w dodatku śnieżnobiały. Ładnie wygląda, jeszcze lepiej gra, jednak na bieli za nic nie widać rowków. Nie wiadomo, gdzie położyć igłę, gdy zechcę posłuchać od drugiej ścieżki. Ale to problem na później, gdy z płytami się zżyję i zapragnę poszukać jakiegoś faworyzowanego fragmentu. Tymczasem całość brnie od dechy do dechy.
Jest w The National coś z Depeche Mode, Tindersticks, Radiohead, i czegoś tam jeszcze. Pamiętam jak grupa się dopiero dobrze zapowiadała, a teraz to już prawdziwa gwiazda. No jasne, bo skoro słucha ich nawet Barack Obama....
Pragnę Państwu zarekomendować ciąg dalszy ciekawego amerykańskiego serialu dokumentalnego, pt. "Lata 70" - emitowanego na "Planete +". Popartego kapitalnymi archiwalnymi materiałami (głównie telewizyjnymi) z epoki. Najbliższe cztery odcinki w sobotę i niedzielę. Niestety ostatnie, albowiem to taki tylko tasiemczyk 8-odcinkowy. Poniżej rozkład jazdy:
sobota, 23 września - "Lata 70: Stan państwa nie jest dobry"
sobota, 23 września - "Lata 70: Terroryzm w kraju i na świecie"
niedziela, 24 września - "Lata 70: Walka płci"
niedziela, 24 września - "Lata 70: Zbrodnie i sekty"
Dobrze, że do niedzieli jeszcze trochę. Leczę zainfekowane gardło i oskrzela, choć i tak doskwiera mi gruźliczy kaszel. Jeśli nie padnę, dotrę na niedzielną dwudziestą drugą.





Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")





ORCHESTRAL MANOEUVRES IN THE DARK - "The Punishment Of Luxury" - (2017) -









ORCHESTRAL MANOEUVRES IN THE DARK
"The Punishment Of Luxury"
(WHITE NOISE)

**1/2






Przed laty w Legii Warszawa na pozycji środkowego obrońcy występował taki piłkarz Dickson Choto. I w tym miejscu będzie nam potrzebna fonetyka, albowiem jego nazwisko wymawia się "czoto". No i zdarzyło się - pewnie nie po raz pierwszy - że mu jeden mecz ewidentnie nie wyszedł. Przez niego stołeczni zawalili ważne ligowe spotkanie, a następnego dnia wytłuszczony nagłówek jednego z ogólnopolskich dzienników dopytywał: "czo to się stało?". I gdy tak słucham najnowszych OMD, na usta ciśnie mi się podobna myśl. Tym bardziej, że już przecież ostatnimi czasy bywało nieźle. Poprzednie "English Electric" być może też szczególnie nie zachwyciło, ale przynajmniej w dużej mierze zasługiwało na słowa uznania. Ponadto za sprawą jednej wspólnej kompozycji McCluskeya z ex-Kraftwerk'owskim Karlem Bartosem - myślę tu o "Kissing The Machine" - przyjemnie nad całością unosił się duch prekursorów muzyki robotów. Inna sprawa, że w tym samym numerze, w gościnie równie dzielnie spisała się była wokalistka Propagandy, Claudia Brücken. Ogólnie było na czym ucho zawiesić. Ładne kawałki: "Night Cafe", "Helen Of Troy", "Stay With Me" czy "Dresden", popychały album w dobrym kierunku. Zarówno brzmieniowym, jak też wabiły atrakcyjnością melodyczną. Szkoda, że na wydanym przed chwilą "The Punishment Of Luxury" ciekawych pomysłów starczyło ledwie na kilka minut z pierwszego kwadransa oraz kilka następnych w części końcowej. Na przebojowy tytułowy otwieracz "The Punishment Of Luxury", na jeden z dwóch w tym zbiorze najdłuższych, i elektronicznie przywłaszczających mienie Kraftwerk "Isotype" oraz mimo wszystko na okrutnie przesłodzony "What Have We Done" - z gościnnym
udziałem Davida Watsona. Na chwilę zawładnęły mną wspomnienia dawnych przebojów OMD. We wspomnianym wstępnym kwadransie pojawia się także całkowicie nietrafiony "Robot Man". Ów 3-minutowy fragment polecam omijać szerokim łukiem. W zasadzie na tym, gdyby nie jeszcze dwie w miarę udane kompozycje, mógłby nastąpić koniec. To, co się dzieje pomiędzy kompozycjami "Precision & Decay" a finałową "The View From Here" najlepiej przemilczeć. Do głosu dochodzą jakieś dziwne dwu-/trzyminutowe miniatury (wyjątkiem jeszcze - dosłownie i w przenośni - 6-minutowa dłużyzna w postaci "Ghost Star"), bardziej przypominające serię elektronicznych eksperymentów, niż składnych kompozycji. Być może nienasyceni pożeracze elektroniki będą wniebowzięci, dla mnie jednak na tym etapie kończy się świat muzycznych wzruszeń. Stać przecież OMD na lepsze piosenki, niż takie "Kiss Kiss Kiss Bang Bang Bang", a nawet na sporo ciekawsze od mimo wszystko dających się jeszcze posłuchać: "One More Time" czy "The View From Here".
Ogólnie, takie szkolne trzy na szynach.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")



THE WATERBOYS - "Out Of All This Blue" - (2017) -








THE WATERBOYS
"Out Of All This Blue"
(BMG)

***1/2





Oczekiwałem kolejnego zaskoczenia ze strony Mike'a Scotta, no to je mam. Co prawda, na "Out Of All This Blue" nie wyzbył się on rdzennej szkockiej odrębności, jednak z odwagą poflirtował z soulem, country, R&B, a nawet funk/disco. Uspokoję, nie jest to żaden wielowymiarowy przerost formy nad treścią, gdyby nie daj Bóg, kogoś odstraszyła ta stylistyczna różnorodność. Na szczęście nad wszystkim niepodzielnie panuje "ten" sam od zawsze lubiany głos, nie brak też obowiązkowych skrzypiec, sprzężonej, czasem rozwibrowanej gitary, znajomo brzmiących organów, ale też dla przeciwwagi: perkusyjnego automatu. Na szczęście i jego, obsługuje szef Wodnych Chłopców. Bywa jednak, że niektórym kompozycjom bliżej do ducha Ala Greena, Marvina Gaya, tanecznych Chic lub nawet Johnny'ego Casha, niż do dajmy na to Vana Morrisona, Hothouse Flowers czy Boba Dylana.
Niedawno przeczytałem wypowiedź Scotta, który wyznał, iż 2/3-cie tego podwójnego albumu (w wersji limitowanej nawet potrójnego) opowiada o miłości lub romantyczności, reszta zaś skupia jego uwagę wokół ostatnich obserwacji. I wcale nie jest tak, że te dwie płyty powstały jakoś na siłę. Scott od początku przymierzał się do tak rozwlekłego dzieła. Wszystko zatem musi pozostać na swoich miejscach, dokładnie tak, jak zaplanował sam Maestro. Słucham więc, jak kolejność nakazuje, zachwycając się pojedynczymi kwiatkami, ale też pokonując przeszkody, jak ewidentne słabizny, w rodzaju: "Hiphopstrumental 4" lub "The Connemara Fox". Na szczęście tych dobrych momentów zdecydowanie więcej. I chyba najładniejszą piosenką z całego zbioru na zawsze pozostanie sześcio- i półminutowa - podszyta dęciakami, smyczkami oraz dublińskim soulowym żeńskim chórem - "Love Walks In". Tutaj nawet z perkusją nieźle sobie poradził ten wszędobylski automat. Ogólnie niby nic takiego, żadnych zaskoczeń czy nieoczekiwanych zwrotów akcji, a jednak mam ochotę słuchać tego raz za razem. Ale kto wie, być może za lat kilka pobije ją przyprawiona o smyczki, dęciaki, gitarę akustyczną i pianino, ballada "The Girl In The Window Chair". Tym bardziej, że to taka piosenka stylistycznie najbliższa powszechnie uznanej, stricte folkowej "Fisherman's Blues".
W ogóle odnoszę wrażenie, że najnowsi Waterboysi zainteresują amatorów wszystkich etapów własnej twórczości. Bowiem dla przykładu, ponad 8-minutowy tasiemiec "Morning Came Too Soon", przecież ewidentnie przywołuje czasy kapitalnego longplaya "Dream Harder" - gdzie także królowała sprzężona a'la Hendrix'owska gitara. Ale już taka otwierająca całość "Do We Choose Who We Love" - ponownie z żeńskimi chórkami, ale też towarzyszącymi im organami i syntezatorami - wcale by nie zaszkodziła drugiemu solowymi albumowi Scotta "Still Burning". I tak można zabawiać się w rozdzielanie zapożyczeń z dawniejszych płyt, lecz nie o to chodzi, ponieważ "Out Of All This Blue" słucha się z przyjemnością jako osobliwego dzieła. Bo gdybym się głowił tygodniami, na żadną dotychczasową płytę nie dokleiłbym funkującego "If I Was Your Boyfriend", bądź pod lata 70-te utanecznionego "Didn't We Walk On Water", albo finalizującego całość, chwytliwego i sympatycznego "Payo Payo Chin" - co z japońska oznacza: "dzień dobry kochanie".
Waterboysów, takich bez jakichkolwiek niespodzianek, też nie brakuje. Przykładem ballada "Man, What A Woman" - z pięknie gdzieś pod jej koniec "sfuzowanymi" skrzypcami. Albo króciutki, niespełna 1,5-minutowy skoczny instrumental "Girl In A Kayak" - jakże bliski uwielbianej przeze mnie, a mocno lekceważonej płyty "Room To Roam". Niestety, czasem też powiewa nudą, bo chyba nigdy nie pokocham "Monument" - pomimo ładnej partii skrzypiec, albo rąbanki z "Yamaben", czy też nijakiej organowo-wokalnej miniatury "Skyclad Lady". Na szczęście tego typu "wtręty" należą do mniejszości.
23 kompozycje, jest zatem z czego wybierać. Nawet jeśli nie pokochacie Szanowni Państwo całości - jak niżej podpisany - to nie znajdzie się na pewno wśród nas zadeklarowanego wielbiciela talentu Mike'a Scotta, który by nie przygarnął do serca przynajmniej połowy nagromadzonych tu złóż. A ja nadal pozostanę przy zdaniu, że w ostatnich dwóch dekadach "An Appointment With Mr. Yeats", nie do przebicia.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")