wtorek, 31 października 2017

REVOLUTION SAINTS - "Light In The Dark" - (2017) -









REVOLUTION SAINTS
"Light In The Dark"
(FRONTIERS RECORDS)

***1/2





Ukazanie się "Light In The Dark" jest dla Deena Castronovo świadectwem wyjścia na prostą, choć nie kończy jego konfliktu z prawem. Ponad pięcioletni wyrok w zawieszeniu właśnie się odbywa, a sprawa pobicia i gwałtu swej narzeczonej nieprędko rozejdzie się po kościach. Złe uczynki nie przeszkodziły jednak wyrzuconemu z Journey muzykowi w zrealizowaniu drugiej zakontraktowanej płyty - dla tego przecież wciąż świeżego tercetu.
Wydany przed dwoma laty debiutancki longplay "Revolution Saints" okazał się moją osobistą melodic/hard-rockową płytą roku. Było to dzieło ze wszech miar doskonałe - zarówno pod względem kompozycyjnym jak i wykonawczym - a jednocześnie wtórne i przyjemnie trącące myszką względem przedwcześnie zakończonej epoki 80's. Oczywiście pełni jego walorów nie należało jednostkowo przypisywać samemu szefowi, czyli perkusiście i wokaliście Deenowi Castronovo (a w przeszłości także muzykowi Bad English, Hardline czy samego Ozzy'ego Osbourne'a), ale również pozostałym dwóm, równie pierwszorzędnym postaciom: basiście Jackowi Bladesowi (z Night Ranger, a niegdyś także partnerowi Castronovo w Bad English) oraz gitarzyście Dougowi Aldrichowi (ostatnio działającego równorzędnie w The Dead Daisies, ale też znanego z Whitesnake, wcześniej z Dio, a jeszcze dawniej z kompletnie zapomnianej formacji Lion). I właśnie w tym samym line-up'ie cała trójka przystąpiła do nagrywania "Light In The Dark". Wszyscy w dobrych nastrojach, o czym triumfalnie przez wiele przedpremierowych tygodni obwieszczano niecierpliwym sympatykom zespołu.
od lewej: Jack Blades, Deen Castronovo oraz Doug Aldrich
Najnowsza propozycja "świętoszków" wydaje się trzymać fason debiutu, jednak poziomem kompozycyjnym minimalnie mu ustępuje. Syndrom "dwójki", z którym wielu artystów miewa pod górkę. Szczególnie, gdy znienacka zaskoczą doskonałym debiutem. A tu właśnie o takim zjawisku mowa.
Deen Castronovo nadal solidnie śpiewa. Pod tym względem może stanąć ramię w ramię z dawnymi Journey'owymi kompanami: Stevem Perrym oraz obecnym, i sporo młodszym Arnelem Pinedą. Nawet jeśli jemu samemu matka natura poskąpiła podobnej szerokiej skali oktawowej. Castronovo jednak wiele nadrabia niewymuszoną wrażliwością, naturalną ekspresją oraz nie lada zaangażowaniem. Osobiście bardzo lubię jego barwę głosu, więc jego ewentualne niedostatki warsztatowe kompletnie mnie nie obchodzą.
Na "Light In The Dark" znajdziemy kilka efektownych, pikantnych i zarazem oddających obecny stan ducha Castronovo piosenek. Jednocześnie będących wypadkową stylów Journey oraz
Whitesnake. Weźmy te najlepsze, jak: "Freedom", "Don't Surrender" oraz "Running On The Edge". Nie zabrakło też obowiązkowych ballad. Niestety, tylko dwóch: "I Wouldn't Change A Thing" oraz "Can't Run Away From Love", i nie tak dumnych, jak te z fenomenalnego debiutu. Że choćby powołam się na jeden niedościgniony klejnot "In The Name Of The Father (Fernando's Song)".
Pomimo lekkiego rozczarowania świadom jestem dobrej płyty zespołu, któremu poziomem i kulturą grania, i tak niewielu może dzisiaj zagrozić.
Acha, zapomniałbym, wypada jeszcze wspomnieć o Alessandro Del Vecchio - który nie tylko ponownie podjął się roli producenta, ale - jak w przypadku debiutu - także tu i ówdzie dograł wszystkie partie instrumentów klawiszowych.






Andrzej Masłowski

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




poniedziałek, 30 października 2017

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 29 października 2017 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań

Kącik poświęcony zmarłemu George'owi Youngowi



"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 29 października 2017 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski






AC/DC - "Let There Be Rock" - (1977) -
- Let There Be Rock
- Whole Lotta Rosie

AC/DC - "High Voltage" - (1976) -
- She's Got Balls

AC/DC - "Dirty Deeds Done Dirt Cheap" - (1976) -
- Big Balls

GARY MOORE - "Wild Frontier" - (1987) -
- Friday On My Mind - {The Easybeats cover}

FLASH AND THE PAN - "Flash And The Pan" - (1978) -
- Hey St. Peter
- Walking In The Rain
- The African Shuffle

BROTHER FIRETRIBE - "Heart Full Of Fire" - (2008) -
- Who Will You Run To Now?

SCORPIONS - "Animal Magnetism" - (1980) -
- Make It Real
- Lady Starlight

RAINBOW - "Difficult To Cure" - (1981) -
- Magic

NON IRON - "Candles And Rain" - (1990) -
- Candles And Rain

QUEENSRŸCHE - "Empire" - (1990) -
- Anybody Listening ?

MAGNUM - "On The 13th Day" - (2012) -
- So Let It Rain

MARILLION - "Living In FEAR" - (2017) -
- The Leavers: One Tonight (live)

SOROR DOLOROSA - "Apollo" - (2017) -
- Apollo
- Night Is Our Hollow
- Another Life

THE KILLERS - "Wonderful Wonderful" - (2017) -
- Life To Come
- Run For Cover
- Have All The Songs Been Written? - {gościnnie MARK KNOPFLER}

MARK KNOPFLER - "Tracker" - (2015) -
- Beryl

SNOWY WHITE AND THE WHITE FLAMES - "Reunited..." - (2017) -
- Headful Of Blues
- Where Will You Belong

CHRIS REA - "Road Songs For Lovers" - (2017) -
- Angel Of Love

ROBERT PLANT AND THE SENSATIONAL SPACE SHIFTERS - "Carry Fire" - (2017) -
- Season's Song
- Dance With You Tonight

JOHN PAUL YOUNG - "Lost In Your Love" - (1978) -
- Love Is In The Air

TOUCH - "Touch" / "Touch II" - (1980 / 1982 - reedycja 1998) -
z albumu "Touch":
- Don't You Know What Love Is
- When The Spirit Moves You
- My Life Depends On You

PENDRAGON - "Fallen Dreams + Angels" - (1994) -
- The Third World In The U.K.






Andrzej Masłowski

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




niedziela, 29 października 2017

przeboiki ef em

Amatorzy lekkich popowych melodyjek próbują w dobrych radach uczynić z Nawiedzonego Studia kolejne Przeboiki FM. Co pewien czas sugerują, co by było dla mnie najlepsze. Ostatnio wynajdują "odkrywcze" pomysły - z naciskiem na polską szeroko pojętą scenę (niby)alternatywną. Tak, jakbym naprawdę nie miał czego posłuchać. Przepraszam, ale szkoda mi czasu na te nasze niesłychane wynaleziska. Zazwyczaj recyklingowo-wtórne i do bólu nudne. Najlepiej jeśli każdy zajmie się uszczęśliwianiem samego siebie. Moje Nawiedzone Studio dlatego trzyma klasę, ponieważ nie wchodzi na poziom Organków, Kortezów, jak również kompaktów z wieczkiem "zagraniczna płyta, polska cena". Nie zmieniajmy więc na siłę tego, co dobrego w moim przypadku wdrożyła natura. Jeszcze za takimi dinozaurami niegdyś zatęsknimy.
Najwięcej dobrych rad podsyłają wszelacy słuchacze light'owych audycyjek, w których do końca świata będzie się pieścić nutki italo disco, jedynki z ejtisowych list przebojów, i tym podobne pieszczotliwe la la la. Oczywiście autorzy owych audycyjek wszystko barwnie okraszają w nikogo niegodzącymi komentarzami, przecież ma być ładnie, kolorowo, zupełnie niczym dział płytowych nowości w schludnych sieciach Empik. I oczywiście cichutko, po bożemu. Ja jednak pozostanę obrońcą rocka. Jeśli więc przyjemniaczki z Whitesnake lub Scorpions kogoś kąsają, to już teraz główka pod pierzynkę, bo oto nadchodzę... !!!
Do usłyszenia o 22.00 na 98,6 FM Poznań...






Andrzej Masłowski

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




piątek, 27 października 2017

korekta

Janek i Wanda, a raczej Wandeczka :-)
Pisząc na kolanie człowiek nie jest wolny od popełniania błędów. Gorzej jeśli błędów go kompromitujących. Dlatego dzięki wszystkim, którzy od razu podsyłają korekty. Właśnie odezwał się Tomek Szmajter - tak tak, ten od najlepszych i w pełni wyczerpujących tematykę Deep Purple książek. Tomek podziela mój entuzjazm względem zapomnianych Bajek dla dorosłych, jednak wyhaczył we wczorajszym tekście pewną nieścisłość. I faktycznie, pisząc o Halinie Kowalskiej - i jej udziale w "Nie ma róży bez ognia" - wiadomo, że myślałem o Wandzie, a niechcący przypisałem jej rolę Lusi. Zapewne wszystko przez słynny posag Lusi, o którym Jerzy Dobrowolski (vide filmowy Jerzy Dąbczak) wówczas z pełnym wdziękiem przypominał. Lusię oczywiście zagrała rewelacyjna Stanisława Celińska, którą odnosząc do wspomnianych wczoraj "Alternatyw 4", zapamiętamy z serialu z roli nauczycielki. Obecnie Panią Stasię dostrzegam w obyczajowym - lecz w nie moim guście - serialu "Barwy szczęścia", którego okazjonalną sympatyczką bywa moja Żoneczka. Z tej racji zdarza mi się raz po raz zarzucić okiem na tę od zawsze lubianą aktorską postać.
Stanisława Celińska kilka miesięcy temu wydała płytę, którą nawet posiadam. Do radia jednak jej nie przewiduję, choć przecież nigdy nic nie wiadomo.
Janek, Lusia i Zenek




Andrzej Masłowski

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




czwartek, 26 października 2017

Lech Ordon, Fats Domino & George Young

Lech Ordon
Z racji kilkudniowej absencji nie poruszyłem paru istotnych spraw, a sporo się wydarzyło. Pragnąłbym jednak w tym wpisie poświęcić uwagę ostatnio zmarłym artystom.
Przede wszystkim Lech Ordon. Kapitalny aktor, choć najczęściej obsadzany w rolach drugoplanowych. Pan Lech był jednak taką postacią, która nawet w epizodach jawiła się pierwszoplanowo. Myślę, że nie tylko ja pokochałem jego role księżulków w "Janosiku" lub w "Nie lubię poniedziałku", jak też udziału w kultowym "C.K. Dezerterzy", bądź rolę angielskiego sierżanta w środkowym odcinku "Jak rozpętałem drugą wojnę światową". Była też "Wielka majówka", na której w stosownym czasie zagościłem w kinie, a w której przed filmowymi kamerami po raz pierwszy stanął Zbyszek Zamachowski. Wcielając się w rolę Rysia, który zadaje się z pewnym cwaniaczkiem, granym przez Jana Piechocińskiego, którego prawdziwa sława dopadła dopiero za sprawą znacznie późniejszego "Och, Karol". Tak na marginesie, Jana Piechocińskiego miałem okazję spotkać przed dwoma/trzema laty w pewnej niechorskiej, i wcale nieluksusowej restauracyjce. Ale ale, wracając do Pana Lecha Ordona... dla mnie na zawsze jego niezwykle przyjemna aparycja, w pamięci zakodowała się za sprawą wielbionych w dzieciństwie "Bajek dla dorosłych". Tytuł w zasadzie wszystko mówiący, a pomimo tego chyba każdy rodzic własnemu szurkowi nie odmawiał wówczas tamtej porcji dorosłego humoru. Mnie ów bodaj niedzielny teatro-serialik bawił do łez. Jego narratorem był Jan Kobuszewski, a pośród obsady wyróżniała się Halina Kowalska (powszechnie bardziej rozpoznawana z roli Wandy w "Nie ma róży bez ognia" lub śpiewaczki z "Alternatywy 4") oraz Lech Ordon. Idealnie zapamiętałem też pewien zabawny, a dotyczący konkretnie wspomnianych "Bajek dla dorosłych" dokument, który przy jednej z okazji poświęcono Lechowi Ordonowi. Otóż, postanowiono (połowa lat 70-tych) w sondzie ulicznej sprawdzić rozpoznawalność tego wybitnego aktora. Czarno-biały film pokazywał kamerzystę i reportera, którzy wyłapywali przypadkowych przechodniów, pytając: "czy zna pan/pani Lecha Ordona?". W odpowiedziach najczęściej padało: "nie znam". W studio posadzono samego Lecha Ordona, by temu humorystycznie dopiec, że choć niby jest znany, to i tak nikt go nie kojarzy. Aż gdzieś pod koniec zapalono lampkę nadziei, więc nakazano aktorowi trzymać się mocno, tym samym sugerując, że nareszcie udało się spotkać osobę go rozpoznającą. I ten sam tandem reporterski zaczepia kolejnego przechodnia, po raz kolejny dopytując: "czy zna pan Lecha Ordona?", na co gość: "Ordon? Ordon?, ach Ordon Ordon !!!, nie nie, nie znam" :-) Ubaw po pachy. Z moją siostrzyczką Elą cytowaliśmy to sobie latami. Dlatego Lech Ordon na zawsze pozostanie w mej pamięci z uwagi na kompletnie zapomniane Bajki dla dorosłych.
Fats Domino
Z kolei świat muzyki ostatnio opuścili George Young oraz Fats Domino.
Fats Domino był uznanym rock'n'rollowco-rhythm'n'bluesmanem, którego zawsze sobie chętnie posłucham, lecz oddanym fanem jakoś nie jestem. Jednocześnie tkwię w przekonaniu, iż nie znajdziemy nawet we współczesnym świecie, choćby jednej osoby, która by nie słyszała dotąd jego wykonania "Blueberry Hill".
Gdy jednak w miniony poniedziałek dowiedziałem się o śmierci George'a Younga (starszego brata Angusa i Malcolma - muzyków AC/DC) poczułem jakby ze mnie uszła cała pozytywna energia. Nazwisko tego Artysty było obecne w całym mym muzycznym życiu, i przy każdej okazji słuchania starych AC/DC lub Flash And The Pan, lubiłem jego znaczenie podkreślać. Oczywiście należy też napomknąć o grupie Easybeats, i ich osławionym "Friday On My Mind", które dwie dekady później wziął na ruszt Gary Moore, czyniąc z piosenki najszlachetniejszy kruszec. Ponadto John Paul Young, któremu George Young do spółki z Harrym Vandą wyprodukowali w 1978 r. całościowo udaną płytę "Lost In Your Love". Bo to przecież na niej znalazł się największy jego przebój "Love Is In The Air". Znacząca piosenka mojej młodości. Do dzisiaj posiadam ją na zakupionej w wieku trzynastu lat tonpressowskiej pocztówce dźwiękowej.
George Young po naszej prawej
No właśnie, a teraz najważniejsze: producencki duet Vanda & Young. Gdy tylko ten symbol pojawiał się na rewersach płytowych okładek wiadomo było, że będzie świetnie. Harry Vanda oraz George Young, to oni producencko spłodzili kilka najwcześniejszych płyt AC/DC, ale też fantastyczną późniejszą (już z wokalem Briana Johnsona) "Blow Up Your Video" - tą ze słynnym singlowym "Heatseeker", ale jeszcze lepszym "That's The Way I Wanna Rock And Roll". W tym miejscu należy dodać, iż George Young był też klasowym muzykiem, nie tylko dla prowadzonego z Vandą Flash And The Pan, lecz również wspomagającym w roli sesyjnego basisty - w niektórych utworach - wczesnych AC/DC. Coś Szanownym Państwu o tym szepnę w najbliższą niedzielę, jak też całość poprę muzycznym przykładem. W ogóle nie mogę się doczekać naszego niedzielnego spotkania.

P.S. 27.X.2017 małe sprostowanie. Oczywiście pisząc o Halinie Kowalskiej miałem na myśli Wandę w "Nie ma róży bez ognia", a nie jak wcześniej napisałem: Lusię. Wszystko przez ten jej słynny posag :-)




Andrzej Masłowski

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




DAVID GILMOUR - "Live At Pompeii" - (2017) -



 


DAVID GILMOUR
"Live At Pompeii"
(SONY MUSIC)

***** 


Gdy spojrzymy na mapę, Pompeje w kartograficznym zarysie włoskiego kozaka znajdziemy w okolicach kości piszczelowej. A istniejący tam Amfiteatr powstał w pierwszym stuleciu p.n.e., by w czasach swej świetności służyć rozrywkom sportowym - zarówno z udziałem ludzi, jak też zwierząt. Niejednokrotnie tym ostatnim służąc - za sprawą poległych ofiar - jako smakowity jadłospis. Dla współczesnego konsumenta muzyki, Pompeje kojarzą się przede wszystkim z nie tak odległym historycznie występem Pink Floyd, do którego doszło w 1971 roku. Ówczesnemu koncertowi przyglądała się publiczność widmo, która namacalnie mogła dotknąć spektaklu dopiero po oficjalnie zmontowanym filmie. Był to okres płyty "Meddle", z której to repertuaru Pink Floydzi zagrali wówczas "One Of These Days", a przede wszystkim niesamowicie natchnioną wersję "Echoes". Dopiero niedawno do oficjalnej sprzedaży, ten kultowy materiał trafił w postaci płyty CD. Do tej pory krążąc jedynie w formie wizyjnej, bądź jako pirackie winylowo-kompaktowe bootlegi.
David Gilmour wpadł na pomysł zagrania w zabytkowym Amfiteatrze pod koniec 2015 roku, spodziewając się tym samym wielu przeszkód w jego realizacji. Na szczęście wszystko poszło gładko, więc ostatecznie zakontraktowano dwa występy - na 7 i 8 lipca 2016 r. - jako wieńczące trasę promującą album "Rattle That Lock". A więc w dwa tygodnie po wrocławskim koncercie, w którym miałem przyjemność uczestniczyć.
Zanim "Live At Pompeii" pod koniec września trafiło do sprzedaży, dwa tygodnie wcześniej - niemal na całym świecie - trafiło do kin. U nas rzecz jasna również, w światowym dniu premiery ustalonym na 13 września 2017 r.
Niewielu szczęśliwców mogło uczestniczyć w obu pompejskich przedstawieniach, albowiem z dawnego dwudziestotysięcznika, czynnym okazał się jedynie sam przedsceniczny plac, z wyłączeniem nadgryzionych zębem czasu trybun. Co i tak można uznać za nie lada przywilej.
Artyście ponadto bardzo zależało na odpowiedniej oprawie, rozgłosie, a i nostalgicznym powrocie do miejsca, w którym jako młody człowiek ze swoimi zespołowymi kompanami dokonywał dla rocka rzeczy niezwykłych. Z kolei, dla takich jak ja, posłuchanie współczesnego show w Pompejach stanowi również za wspominkową kartkę z niedawnego wieczoru z wrocławskiego Placu Wolności. Tym bardziej, iż obie setlisty niemal idealnie się zazębiają.
Z obu niedawnych pompejskich wystąpień Gilmour za lepszy uznał ten drugi. Podobno nie dopadał go już taki stres, jak przy pierwszym podejściu. Jednak nabywcom obu koncertów splecionych w monolit, trudno będzie się o tym przekonać. Tym bardziej, że odczucia Gilmoura mają się zgoła odmiennie do odbioru tego fascynującego wydarzenia przez samych jego fanów.
Setlista obu płyt niczym nas nie zaskoczy. To wciąż powszechnie wielbione kompozycje z objęć Pink Floyd, jak i coraz pojemniejszego solowego dorobku Gilmoura. Oczywiście zawsze coś musi wypaść, by do głosu mogły dojść kompozycje najnowsze. Na ostatniej trasie dostąpiły tego: "5 A.M.", "Rattle That Lock", "Faces Of Stone", "A Boat Lies Waiting", "In Any Tongue" oraz "Today". A więc, mniej więcej połowa albumu "Rattle That Lock".
Wnikliwa analiza utwór po utworze wydaje się nie mieć sensu, bo choć każdy z nich zawsze nosi swoisty charakter, to jednak pozostają pewne elementy niezmienne. Podziwiam jednocześnie samego Artystę, iż ten przy każdej okazji potrafi wyzwolić z siebie potężną dawkę zaangażowania, potrzebną do przeżywania w równym stopniu tych samych kompozycji - z "The Wall", "Wish You Were Here", bądź "Dark Side Of The Moon". Tak, by uczestnik każdego koncertu odniósł wrażenie, że to właśnie jego dotyka najlepsza wersja z możliwych. Czystą maestrią wydaje się fakt grania - co jeden/dwa dni - tego samego repertuaru, w równie przekonującym tonie.
Możemy z całości wyrywać smaczki, typu gra techniką slide w "High Hopes", albo obłędną wersję "Shine On You Crazy Diamond", czyli jeden z tych magicznych momentów, w którym zahipnotyzowany syntezator zmierza, niczym zachodzące słońce, w horyzontu taflę, a gitara rozświetla jego gasnące promienie. Pompeje służą takiej muzyce, wydając się idealnym miejscem dla wyobraźni. Można o każdym fragmencie "Live At Pompeii" napisać osobną rozprawkę, tylko po co? Przecież muzyka Pink Floyd, jak też większość twórczości solowego Gilmoura, opiera się na detalach, na smaczkach, które najlepiej dostrzec samemu. Niech każdy zadecyduje, czy odpowiada mu aktualna wersja "The Great Gig In The Sky" - bez udziału zjawiskowej Claire Torry, a w asyście trzech innych głosów, które po sobie przejmują kolejne fazy tej niesamowitej kompozycji. Wiadomo, koncerty rządzą się własnymi prawami, i nie da się uzyskać magii zapisanej z najdoskonalszych interpretacji studyjnych. Jednak podczas koncertów tworzą się nowe, inne spojrzenia, którym też należy się osobliwy pokłon. Dla przykładu, gdzie można posłuchać mówiącego włoszczyzną Gilmoura, jak nie po zakończeniu wspomnianego "Wielkiego Przedstawienia Na Niebie".
Co łączy "te" Pompeje od tych PinkFloyd'owskich sprzed ponad czterech i pół dekady? Ano jedynie obecność w obu setlistach kompozycji "One Of These Days". Dzielą zaś kolorowe barwy, od tych dużo skromniejszych czarno-białych, a które towarzyszyły mi w latach młodości, gdy po raz pierwszy obejrzałem legendarny pompejski występ Pink Floydów w polskiej telewizji.
Podwójny CD, na którego podstawie piszę te słowa, jest tylko warstwą muzyczną, której jedynie w niewielkim stopniu pomaga dołączona skromna książeczka. W niej nieco ogólnych, jak i bardziej wnikliwych foto ujęć, co i tak ma jedynie stanowić za ekstra zachętę do obejrzenia całości. I choć nie należę do entuzjastów oglądania muzyki, to przeoczenie tego pompejskiego występu (a raczej wypadkowej ich obu), należałoby uznać za złamanie jedenastego przykazania: "nie przegap w muzyce tego, co najważniejsze".






Andrzej Masłowski

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




środa, 25 października 2017

i jak tu się zawiesić?

Niełatwo zawiesić Blog Nawiedzonego. Przeczytałem komentarze pod piątkowym wpisem, tym samym muszę sprostować narosłe spekulacje. Gdzie to uczynić, jak nie tutaj? Z tej racji już nawet kamraci chcą się na wódę umawiać.
Cieszę się, że jesteście Szanowni Państwo. A jesteście najważniejsi, i niech wszyscy mi Was zazdroszczą.
Po kilkudniowych analizach doszedłem do wniosku: nie odpuszczę. Przecież ten blog jest moim/naszym blogiem, i to ja na nim będę o wszystkim decydować. Niech mury runą, a on przetrwa.
W obecnej sytuacji wstrzymam opcję komentowania poprzedniego tekstu, by tematu dłużej nie ciągnąć. Niech rany się zabliźniają.
Opuszczać radia nie mam zamiaru, ale oczywiście zawsze możliwa opcja, że ono zrezygnuje ze mnie. Żywię jednak nadzieję, iż na linii: Radio - Masłowski / Masłowski - Radio, energia przepływa bez zakłóceń. Przede wszystkim, w moim głębokim przekonaniu pełnię misję w zgodzie z sumieniem, dając z siebie absolutne maksimum, nie skąpiąc nawet jednej nutki z najbliższej mi muzyki, której w naszym pięknym mieście Poznaniu nie zaprezentuje nikt!. Szczególnie w pozbawionej dobrego smaku obecnej eterowej rzeczywistości.
Jestem człowiekiem spoza układów, nieprzekupnym i zawsze do bólu szczerym. A to argumenty nie do przebicia. Oczywiście szczerość z reguły nie popłaca, najczęściej wystawiając na pośmiewisko - czego także doświadczam.
W otrzymanych pod poprzednim tekstem komentarzach, a także w niezliczonych sms'ach, mailach czy po prostu zwyczajnych pogawędkach, zdołałem się utwierdzić w przekonaniu o wzajemnej sympatii i potrzebie coniedzielnych radiowych spotkań. Proszę dać wiarę, iż moje audycje, a w nich dzielenie się muzycznymi fascynacjami, stanowią za szczególną przyjemność spośród wielu wydarzeń z całego tygodnia. I tylko samobójca mógłby z tego zrezygnować.
Za wsparcie raz jeszcze dziękuję, kłaniam się nisko.



P.S. Jeśli kiedykolwiek jeszcze przydarzy mi się zwątpić, proszę o kopniaka.




Andrzej Masłowski

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań

"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






piątek, 20 października 2017

Dziękuję za siedem lat. Blog Nawiedzonego zawiesza działalność

Szanowni Czytelnicy,
z dniem 20 października 2017 r. zawieszam działalność bloga. Może tylko na czas jakiś, a może... Nad wieloma innymi kwestiami nadal myślę...
Fajnie służyło mi to miejsce przez bitych siedem lat, jednak w wyniku splotu niektórych wydarzeń nie czuję w nim swobody twórczej.
Być może za czas jakiś spotkamy się pod inną postacią, w innym miejscu....
Bardzo dziękuję, że byliście. Przez cały ten czas otrzymywałem od Was słowa sympatii, niechęci, jak też wsparcia. Nie obywało się bez pochwał i rózg - jak to w życiu. Tych ostatnich, wiadomo: najwięcej. Bywałem ogniskiem zapalnym, ale zawsze działałem w zgodzie z sumieniem i w moim przekonaniu: dziennikarską etyką. Szczerość ma sens.
Nadal będę rozprawiać o muzyce. O nowych i starych płytach, jednak na jakiś czas teksty zamknę w szufladzie. Niektóre recenzje - niestety z racji objętości pisma trochę przycięte - pojawiać się będą w ogólnopolskim Audio Video, z którym współpracuję od blisko dwudziestu lat. To, co uznam za bloggersko najciekawsze, być może z czasem również opublikuję na innej witrynie. Selekcjonując teksty, nikomu nie czyniąc krzywdy. Nic niewłaściwego nie powinno do mojej łodzi przylgnąć. Uklepać jednak też się nie pozwolę. Taki już jestem, taką mam naturę. Gdy mam poczucie słuszności, nie dam sobie miecza wyrwać.
Dzisiejszy świat pozbawia indywidualności. Dostrzegam to nie tylko ja. Z Facebooka możliwe, że też zniknę, bądź mocno go ograniczę - do grona najbliższych znajomych.
Powinienem słowem epilogu trzasnąć coś bardzo mądrego, lecz w obecnej chwili po prostu nie jestem w stanie. Zawsze w takich sytuacjach zazdrościłem polotu innym. Jakiś fajnych niesamowitych przemyśleń i lekkiego pióra. Moje outro nie pozostawi niezapomnianej myśli, ale dla równowagi, też nikogo nie ugodzi.
Wszystko zmienia się w jednej chwili. W życiu przecież tak właśnie bywa. Jedno wydarzenie potrafi pobudzić ciąg nie zawsze przychylnych kolejnych. W jednej chwili stajemy się szczęśliwcami, innym razem całość się wali.
Żałuję cholerka, bo tyloma jeszcze wydarzeniami pragnąłem się podzielić.
Decyzja jest spontaniczna, nieprzemyślana, i być może będę jej żałować. Czuję się inwigilowany, więc nie może być inaczej.
W tym ostatnim bloggerskim czynie uruchamiam nieaktywną dotąd opcję komentowania. Co kto zechce, można sobie ulżyć i nawrzucać. Jest okazja, innej nie będzie. Poza tym, ja już i tak nie planuję tutaj zaglądać.


Niech żyje rock'n'roll !!!


Andrzej Masłowski





czwartek, 19 października 2017

SCORPIONS z nowym albumem i koncertem w Polsce

na razie tylko 44% okładki
Niedawni wrocławscy goście - Brother Firetribe - będą supportować Scorpions podczas jednego koncertu na ich trasie w Helsinkach, a stanie się to 27 listopada br. Miło dostrzec, iż występ grupy zaplanowany podczas brytyjskiego Planet Rockstock Festival na 2 grudnia br. został wyprzedany.
O Brother Firetribe nie będę się już więcej rozwodzić, chciałem w zasadzie za ich pośrednictwem szepnąć słówko o Scorpionsach. Otóż na dzień 24 listopada br. Sony Music zapowiedziało kompilację "Born To Touch Your Feelings - Best Of Rock Ballads". Będzie ona zawierać piętnaście ballad/przebojów oraz dwie premierowe - w podobnym tonie utrzymane piosenki.
Podobno im więcej w mediach społecznościowych pojawi się hasztagów #BornToTouchYourFeelings, tym szybciej Scorpionsi opublikują w sieci okładkę do nadchodzącej składanki. Całkiem ciekawa forma promocji, choć ja osobiście bez problemu przeżyję szybko brnący miesiąc i nie zatęsknię za okładką przed 24 listopada.
Scorpionsi także odwiedzą nasz kraj, niestety bez udziału Brother Firetribe. U nas gigantów supportować będzie (kabaret)metalowa formacja Nocny Kochanek. Koncert odbędzie się 1 grudnia br. w sopocko-gdańskiej Ergo Arenie. Najtańsze bilety w cenie 195 złotych, najdroższe VIP-owskie po ok.700 złotych.






Andrzej Masłowski



wtorek, 17 października 2017

CHRIS REA - "Road Songs For Lovers" - (2017) -








CHRIS REA
"Road Songs For Lovers"
(NAVYBECK / BMG)
****




Na początku nowego tysiąclecia zdiagnozowano u Chrisa Rei kilka poważnych chorób, w tym wydawać by się mogło nieuleczalnego raka trzustki. W konsekwencji osłabienia organizmu przyplątało się jeszcze kilka innych dolegliwości. Artysta był na krawędzi życia i śmierci, a jednak jakimś niewyobrażalnym cudem udało mu się pozbierać. Trudno się dziwić, że po takim bagażu doświadczeń zaczął doceniać uroki życia, które wcześniej bywały uśpione.
Muzyk być może nie nagrywa już albumów w jakimś zawrotnym tempie, ale lenistwem też nie da się go oczernić. Niedawno ogłosił, że jego nowa płyta w dużym stopniu będzie powrotem do zwyczajnych piosenek. Takich, jakie serwował w epoce 80/90's. I myślę, że słowa dotrzymał, choć nie uciekł też od lubianego bluesa, któremu zaczął mocniej sprzyjać, tak od płyty "Stony Road". Co tu dużo deliberować, najnowsze dzieło "Road Songs For Lovers" jest takie, jakie być powinno. Skupia prawie same ballady - sprawdzone i poczciwe. O różnych odcieniach, tempach, ale ballady. Bywają co prawda wyjątki, jak żywsze i podszyte bluesem "The Road Ahead", nieco rhythm'n'bluesujące i przyprawione dialogiem gitarowym "Rock My Soul", funk/soul'ujące "Moving On", bądź prowadzone żywszym tempem tytułowe "Road Songs For Lovers". I właśnie ta ostatnia piosenka należy do wyróżniających. Słychać w niej akordeon, choć tego przecież tu nie ma.
Niejedyna kompozycja, w której instrumenty klawiszowe Neila Drinkwatera zmysłowo imitują tamten instrument, tworząc tym samym przyjemny archiwalny kawiarniany paryski klimat. Proszę przyjrzeć się dobrze znanej delikatnej gitarze Rei. Słyszą ją taką, jak za czasów cudownych płyt "Wired To The Moon", "Shamrock Diaries", bądź bardzo u nas popularnej "On The Beach". Na takiego Pana Krzyśka czekałem, za takim tęskniłem najbardziej. Na szczęście, nie jedyna to tak udana kompozycja. Napotkamy ich nieco. Ze szczególnym naciskiem na absolutny klejnot "Angel Of Love". Ależ przecudnej urody ballada. Nie wyobrażam sobie, by jej nie dostrzec. Pianino, plus TA gitara, i znowu słychać akordeon. Nieważne, że jego akordy tak naprawdę wybijają keyboardy. Nie trzeba o tym wiedzieć, szczególnie gdy się zamknie oczy.
Następująca po niej - także ballada - "Breaking Point", również czarująca, choć z racji oczywistych, już nie o takiej sile rażenia. Gdyby komuś jednak przypadł do gustu widmo akordeon, w niej też go znajdzie. Ależ uczuciowo śpiewa Chris Rea - jego gitara przecież także. Podobną atmosferę potrafi w swej twórczości przywoływać jeszcze tylko David Gilmour. Że też obaj panowie nigdy nie stanęli w studio ramię w ramię... O pardon, nie licząc kompozycji "Stone" - na jedynej płycie grupy The Law. Ale to było w roku 1991, i obawiam się, że nawet sam śpiewający wówczas Paul Rodgers o tym nie pamięta.
Gdy odpłyniemy w balladowym nastroju i zapragniemy więcej, to bardzo proszę, jeszcze: "Beautiful", "Nothing Left Behind" lub "Two Lost Souls".
Jest też jeden kawałek nie dla mnie stworzony - 6-minutowy "Money". Powolny, ślimaczy, toporny, niemal ociężały blues. Nazbyt monotonny, którego jako jedynego nie czuję.
Na deser pozostawiłem jeszcze 6,5-minutowy "Last Train". Rozpoczyna go odgłos parowozu, po czym rusza lokomotywa, zupełnie jak u Tuwima powoli i ospale, by w konsekwencji nabrać rumieńców, jak na ostatni pociąg przystało. Gdzieś pod koniec para buch i keyboard brzmi niczym dęta orkiestra. Tak dobre, że aż chce się od początku. Jak całą tę bardzo udaną i pełni wrażliwości płytę.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")







poniedziałek, 16 października 2017

TRAVELIN JACK - "Commencing Countdown" - (2017) - / - DIRTY THRILLS "Heavy Living" - (2017) -




TRAVELIN JACK
"Commencing Countdown"
(STEAMHAMMER)

***2/3




DIRTY THRILLS
"Heavy Living"
(FRONTIERS)

***




Moda na retro rock trwa w najlepsze. Nowi przedstawiciele archeo brzmień mnożą się w zawrotnym tempie. Ciężko zjawisko upilnować, by czegoś ciekawego nie przeoczyć. Historia współczesna udowadnia jednak, że wcale nie ci najbardziej wypromowani grają najlepiej. Jak do tej pory nic nie przebiło ubiegłorocznego genialnego debiutu szwedzkich Svartanatt. A to, że tamta maszyna wciąż nie dotarła na szczyt list przebojów, jest nie do pojęcia. W tej branży po prostu trzeba mieć dużo szczęścia, albo wwikłać się w korzystne układy, sama sztuka i idee dopiero na drugim miejscu.
Niedawno polecałem bardzo ciekawą norweską formację Pristine - z krwistowłosą Heidi Solheim, a tymczasem do boju wyruszyła kolejna koedukacyjna rockowa bateria z Niemiec - Travelin Jack. Ten berliński kwartet także może poszczycić się fajną wokalistką, niejaką Alią Spaceface. Już jej "kosmiczny" przydomek sugeruje nawrót o całą wstecz. To prawdziwi podróżnicy czasu i przestrzeni. Podlani bluesem hard-rockowi hippisi, mocno bazujący na dokonaniach Led Zeppelin, Cream, Jefferson Airplane, bądź Free, choć oni sami deklarują największe przywiązanie do Rush, Scorpions, Thin Lizzy oraz Deep Purple. Nieważne nazwy, nieważne etykietki, proszę posłuchać ich
TRAVELIN JACK
najnowszego, drugiego już w dorobku longplaya "Commencing Countdown". Od pierwszego nagrania "Land Of The River" uśmiechną się buźki wszelakich konsumentów klasycznego rocka. Znajdziemy w nim nawet zapożyczenia z Led Zeppelin'owskiego "Immigrant Song". Później też bywa zacnie. Proszę przyłożyć przysłowiowego ucha do takich "Galactic Blue", "Fire", "Keep On Running" lub nawiedzonej blues-psychodelicznej ballady "What Have I Done".
Bodaj David Bowie niegdyś szepnął przy kosmicznym Ziggym Starduście: nie mam pojęcia, dokąd zmierzam, jednak zapewniam, że nie będzie nudno. Niech te słowa posłużą za dobrą wróżbę dla Travelin Jack.
Kolejnym wartym grzechu współczesnym retro-tworem jawi się kwartet Dirty Thrills. Ta debiutująca brytyjska ekipa fajnie łączy klasycznego hard rocka z bluesem, rock'n'rollem oraz psychodelią. A więc podobnie, jak wcześniej opisani Travelin Jack. Mimo wszystko nie zestawiałbym obu tych formacji w równym rzędzie. Bo choć Alia Spaceface z Travelin Jack dysponuje solidnie naoliwionym gardłem, to śpiewający w Dirty Thrills Louis James zdmuchnie na raz tysiąc świec. Facet ma śpiewanie we krwi, bowiem jego ojciec Nicky James w latach sześćdziesiątych pełnił rolę wokalisty u słynnych The Moody Blues. Inna sprawa, że było to jeszcze na grubo przed Justinem Haywardem i Johnem Lodgem, a tym samym przed oficjalnym zespołowym płytowym debiutem. Dlatego Nicky'ego nikt prawie nie pamięta, natomiast jego syn może to zmienić. Louis James musiał się nasłuchać płyt z głosami Paula Rodgersa, Roberta Planta czy Glenna Hughesa. Słychać tego echa w każdej fazie albumu "Heavy Living". Nie będę jednak nikogo czarować, że oto wyrósł nam kolejny bożyszcze, bowiem do tego jeszcze Louisowi potrzeba nieco skrzynek whisky i nieprzespanych rozkosznych nocy.
DIRTY THRILLS
O Dirty Thrills można by rzec, iż ci są kolejnym modnym młodym retro-rockowym zespołem, lecz musimy zdać sobie sprawę, że "niemodność" uprawianej przez nich muzyki bardziej przydaje im wiarygodności, niż drwalowi udawanie miłośnika środowiska. Muzycy są oddani sprawie, a przy ich kompozycjach chce się poszaleć. Energia, pasja, plus łącząca ich przyjaźń, tworzą interakcję, z której wydobywa się pozytywna lawa.
Warto pochwalić gitarzystę Jacka Fawdry'ego, który nie ma litości dla ukochanego instrumentu. Pozostali kompani też uderzają mocno i hałaśliwie. Z wszystkimi składnikami, które usatysfakcjonują korzennych rockowych pożeraczy.
Na dobry początek może nastawmy z tej płyty "No Resolve", "Go Slow" oraz nastrojowe "Lonely Soul". Dobicie do nich pozostałych kawałków jest już tylko kwestią czasu.






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")




"kultowi"

Czuję się przyjemnie ogłuszony. Od rana w kółko kręcą się Brother Firetribe. Dzisiaj z drugiego długograja "Heart Full Of Fire". Jezu, co za muzyka !!! Jak ci ludzie mogli nawalić i olać TAKI KONCERT !!! Chyba społeczeństwo jest przygłuchawe, nie ja.
Obserwuję sobie muzyczne wklejki Facebokowe i czasem przeraża mnie brak entuzjazmu. Większość ludzi słucha muzyki do pochlastania. Nic, tylko rózgi i ascetyzm. Przecież rock'n'roll jest przepiękny. Parafrazując słowa Krzysztofa Kowalewskiego z kultowego "Misia": rock'n'roll jest najważniejszą ze sztuk. Choć przywołany Jan Hochwander mógłby się ze mną nie zgodzić.
Tomek Ziółkowski całkowicie mnie załamał. Gdy zabrałem jego nocnikowe kompakty do zbiorowego zdjęcia, przyjrzałem się innemu opakowaniu albumu "Heart Full Of Fire", i dostrzegłem bonusowy utwór !!! Myślałem, że mi serce pęknie. Nie wiedziałem, że to, co sprzedawali podczas koncertu, jest edycją wznowieniową. Nie wziąłem tam do ręki, bo gdybym tak uczynił, kupiłbym bez chwili namysłu. A tu teraz w Poznaniu, po czasie, Tomek mnie zaszachował. Ojej, i teraz jestem ograbiony o piosenkę "Two Hearts". Najgorsze, że w tej mojej pięknej, acz kompletnie niemelodyjno-rockowej Polsce, nigdzie teraz tej płyty nie dostanę. Zajeżdżam więc wypożyczony od Tomka kompakt do czerwoności. Kręci się już po raz czwarty. A co, podniszczę mu płytę, to może już jej nie zechce :-)
Wspaniała jest ta piosenka "Two Hearts". Na razie ją sobie przekopiuję, ale już wszczynam poszukiwania oryginału. Znając życie, mnie się nie uda - jak Tomkowi - za śmieszne cztery dyszki, tylko wiadomo, Masłowski czegoś poszukuje, to od razu cena siedemdziesiąt lub jeszcze mniej ekologicznie. Musiałem to Szanownym Państwu napisać, ponieważ nikogo innego tym nie zainteresuję.
Wracając po audycji do domu omawialiśmy z Tomkiem wrocławski koncert. Tomek też zachwycony. No i okazało się, że wcale mój realizator nie zakupił jednej płyty, a trzy. Łajza jedna dopiero się pochwaliła wczoraj. Szkoda, bo gdyby trochę wcześniej, nie skomlałbym teraz z racji uszczerbku w domowym zbiorze wspomnianego brakującego kawałka.
Tomek zwrócił uwagę na reakcję Pekka Heino, gdy ten wszedł na scenę i ujrzał te "nieprzebrane tłumy", wypowiedziawszy coś dwuznacznego, co można było odebrać na zasadzie: Polska, co jest do cholery? Gdzie się podzialiście? !!! Zapewne znowu wszędzie koncert wyprzedany, tylko my nawaliliśmy. A dlaczego?, ponieważ u nas ludzi karmi się syfiastymi Kultami, Luxtorpedami czy Strachami, na których ja kładę Lachę. Widziałem gdzieś kilka dni temu zdjęcie autobusu komunikacji miejskiej, bodaj ZTM-u warszawskiego, z ogromną reklamą nowej płyty Strachów Lachów. A my się później dziwimy, że jesteśmy odizolowani od prawdziwej muzyki. Dystrybutorzy opakują gówno w złoty papierek i wcisną, że to świetne. Szkoda, że tak wielu sympatykom rocka nie chce się szukać głębiej.
A Ty też marnujesz życie na słuchanie Kultu i Lachów-Strachów?
Nie ma jednego numeru Teraz Rocka, by nie pierdnęli o Kulcie. Zakolesiowane towarzystwo. A później wynikają z tego takie sytuacje, jak ta sprzed niedawnych kilku lat, gdy na antenie wypowiedziałem prawdę czasu, prawdę ekranu, czym dla mnie jest ekipa Kazimierza Staszewskiego, aż zadzwoniła jakaś oburzona małolata, i dosłownie złością rzygnęła do słuchawki: proszę pana, Kult to nasze dobro narodowe. Za takie dobro dziękuję serdecznie. Zabierajcie, jeszcze dopłacę.
Podobno koncerty Lebowskich i Procol Harum bardzo udane. Tak ptaszki ćwierkają. Na Procol Harum też podobno frekwencyjne puchy. Lecz czego oczekiwać, skoro w polskiej świadomości istnieje tylko "A Whiter Shade Of Pale". Nawet nie słuchając żadnej rozgłośni zaryzykuję, że te niczego innego nie prezentują, ponieważ nie posiadają żadnego innego kawałka w komputerowej bazie. Wiem wiem, znam się na tym. Tyram w tym od zawsze, więc wiem co gówniażerka podaje w eter. Mają te swoje elektro wstrząsy czy wszelakie inne hip hop/funky/electro/reggae. Siedzi takie bezguście i nauczają nas muzyki. Gówno o niej mając pojęcie. Powinni się edukować u Masłowskiego, który by ich zasypał tysiącami wspaniałych i jeszcze wspanialszych płyt.
Pierwsza edukacja melodii już teraz. Kto nie ma na płycie, dzisiaj wyjątkowo niech SE znajdzie na jakimś Spotyfajfusie czy innym okradającym artystów draństwie Deezerze, i SE odpali na full regulator trzy szczególnie przeze mnie rekomendowane kawałki Brother Firetribe - z albumu "Heart Full Of Fire". A mianowicie: "Who Will You Run To Now?", "Out Of My Head" oraz nowy dla mnie "Two Hearts". Dorzuciłbym jeszcze obowiązkowe "I Am Rock", jednak z racji wczorajszej radiowej prezentacji, potraktujmy go wyjątkowo ulgowo, czytaj: nieprzymusowo. Życzę przyjemnego szaleństwa, a jeśli kogoś nie ruszą te nuty nic a nic, to znaczy, że wszystko na straty i niech czym prędzej powraca do "zaangażowanej twórczości" tych naszych kultowych cierpiętników.
Dziękuję za uwagę.

P.S. Ci, którzy nie dotarli na Brother Firetribe, będę mieli niebawem okazję na rehabilitację, albowiem grupa będzie supportem na koncertowej trasie Scorpionsów. Nie wiem tylko czy dotrą do Polski.... Maybe yes, maybe no, maybe baby i don't know....






Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")





nie kopiujemy - artystów kochamy, więc ich płyty kupujemy



"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 15 października 2017 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań + "BLUES RANUS" (zastępstwo)





"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 15 października 2017 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski








BROTHER FIRETRIBE - "Diamond In The Firepit" - (2014) -
- For Better Or For Worse

BROTHER FIRETRIBE - "Sunbound" - (2017) -
- Shock

BROTHER FIRETRIBE - "Heart Full Of Fire" - (2008) -
- I Am Rock

DRIVE, SHE SAID - "Pedal To The Metal" - (2016) -
- In 'R Blood
- Writing On The Wall

REVOLUTION SAINTS - "Light In The Dark" - (2017) -
- Freedom
- I Wouldn't Change A Thing

MÖTLEY CRÜE - "Too Fast For Love" - (1981) -
- Piece Of The Action

KEE OF HEARTS - "Kee Of Hearts" - (2017) -
- The Storm

PROCOL HARUM - "Novum" - (2017) -
- Last Chance Motel
- Soldier

DRIVE, SHE SAID - "Drive, She Said" - (1989) -
- Hard Way Home
- Don't You Know - {Touch cover}
- Maybe It's Love

BROTHER FIRETRIBE - "Sunbound" - (2017) -
- Don't Cry For Yesterday - {tylko na winylu oraz na japońskiej edycji kompaktowej}

ROBIN BECK - "Love Is Coming" - (2017) -
- In These Eyes
- On The Bright Side

ROBIN BECK - "Trouble Or Nothing" - (1989) -
- Hide Your Heart - {Kiss cover}
- Hold Back The Night - {kompozycja Alice Cooper / Desmond Child}

HOUSE OF LORDS - "Sahara" - (1990) -
- Can't Find My Way Home - {Blind Faith cover}

BELIEVE - "VII Widows" - (2017) -
- VII

LUNATIC SOUL - "Fractured" - (2017) -
- Crumbling Teeth And The Owl Eyes
- Red Light Escape
- A Thousand Shards Of Heaven

ELF - "Elf" - (1972) -
- Dixie Lee Junction

ELF - "Carolina County Ball" - (1974) -
- Rainbow

ELF - "Trying To Burn The Sun" - (1975) -
- Wonderworld

TOM PETTY & THE HEARTBREAKERS - "The Last DJ" - (2002) -
- The Last DJ
- Like A Diamond

TOM PETTY & THE HEARTBREAKERS - "Into The Great Wide Open" - (1991) -
- Two Gunslingers
- All Or Nothin'
- Out In The Cold

LED ZEPPELIN - "Led Zeppelin" - (1969) -
- Babe I'm Gonna Leave You

=================================
=================================



 "NOCNIK"

pierwszych pięć nagrań nocnego pasma z kompaktów Tomka Ziółkowskiego....




BROTHER FIRETRIBE - "Heart Full Of Fire" - (2008) -
- Two Hearts

BROTHER FIRETRIBE - "Diamond In The Firepit" - (2014) -
- Far Away From Love

BROTHER FIRETRIBE - "Sunbound" - (2017) -
- Indelible Heroes

BUDKA SUFLERA - "Cień Wielkiej Góry Live" - (2013) -
- Lubię Ten Stary Obraz

DAVID GILMOUR - "Live At Pompeii" - (2017) -
- Comfortably Numb


=================================
=================================



"BLUES RANUS" - zastępstwo  
 
niedziela 15 października 2017
godz. 21.00 - 22.00

    
realizacja: Agnieszka Krzyżaniak
prowadzenie: Andrzej Masłowski






STEVE WINWOOD - "Greatest Hits Live" - (2017) -
- Glad
- Roll With It

TOM PETTY AND THE HEARTBREAKERS - "Mojo" - (2010) -
- Let Yourself Go
- Don't Pull Me Over

TRAVELIN JACK - "Commencing Countdown" - (2017) -
- Galactic Blue

DIRTY THRILLS - "Heavy Living" - (2017) -
- No Resolve

KENNY WAYNE SHEPHERD BAND - "Lay It On Down" - (2017) -
- Diamonds & Gold
- Louisiana Rain

CHRIS REA - "Road Songs For Lovers" - (2017) -
- Last Train

TOM PETTY AND THE HEARTBREAKERS - "Hypnotic Eye" - (2014) -
- Burnt Out Town - {z uwagi na brak czasu tylko fragment}



=================================
=================================



Andrzej Masłowski

RADIO AFERA 98,6 FM (Poznań) - 
www.afera.com.pl

"NAWIEDZONE STUDIO",
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00


("... dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze")



Miałem wczoraj gościa
Jesień może być piękna. Warunkiem takie widoki oraz plus dwadzieścia - jak wczoraj