piątek, 15 grudnia 2017

po "night session"

Pozostając przez moment w okowach mej poradni zdrowotnej, muszę o czymś napisać. Taka zabawna sytuacja z minionego czwartku... otóż tamtego dnia przyszło stawić mi się w poradni chirurgicznej do "zastępczego" doktorka, u którego zresztą tydzień wcześniej też miałem sposobność. Pan postawny, z brzuszkiem, wyglądem nieco przypominając Freda Flinstone'a, a barwą głosu aktora Jakuba Wieczorka. Popatrzył na mą zbolałą nogę, chwilę później zerknął do kartoteki, zasugerował Panu opatrunkowemu nałożenie jakiejś specjalnej maści, zabandażowanie, po czym ponownie zanurzył się w ekranie monitora, by coś tam jeszcze dopisać. Dodam tylko, że choć jegomość od razu wzbudził we mnie pewien rodzaj sympatii, to do najgadatliwszych nie należał. Jednak po chwili zawieszenia nad moim losem wreszcie z siebie wykrztusił: "cukrzyca, kurwa cukrzyca, to kurew jedna", i tu nastąpiła około dziesięciosekundowa spacja, po czym ponownie ruszył: "kurwa, ja chyba też mam, muszę się przebadać, ale kurwa dopiero po nowym roku, nie chcę się kurwa na święta dołować". Troszkę zaniepokoił mnie fakt, że pan doktor leczy i pomaga innym, a sam o siebie jakby mniej zatroskany. Jednak rozumiem faceta, zawsze łatwiej doradza się innym. Poza tym, najgorszy jest ten pierwszy raz. Porobić badania i wziąć się za siebie. Później to już luz blues. Tabletki i mnóstwo "przyjacielskich" dobrych rad, o których każdy wie, lecz dla przyzwoitości wysłuchać należy.
No dobrze, dość trucia o zdrowiu i naszej przeuroczej służbie zdrowia. Proszę powyższą anegdotkę potraktować jako suplement do wczorajszego wywodu.
Mamy piątek, a więc jesteśmy na dwa dni przed kolejną edycją Nawiedzonego Studia, będąc tym samym pięć dni po poprzedniej night session, a tu... od środka kończącego się pomału tygodnia przychodzą pochwały za zaprezentowanych Dionne Warwick i Gino Vannelliego. Ot, obudzili się. Lepiej późno, niż... Zapewne niektórzy Nawiedzeni właśnie zdążyli odsłuchać nagraną audycję. Miło, milutko. Przy okazji dziękuję za dobre słowa o mych faworytach. Co prawda, wolałbym być słuchanym na żywo, nie z taśmy, jednak rozumiem, że większość przyzwoitych obywateli do roboty wstaje właśnie w nocy. No bo zrywanie się z ciepłego wyrka o szóstej nad ranem jest zwyczajnym znęcaniem się. Szczególnie w takim grudniu, w którym zimno, chlapowato, i w ogóle ponuro. Nie każdy bowiem trwa w luksusie - niczym Masłowski - pospania do dziesiątej, a czasem nawet kwadrans dłużej. Ale ale, ostatnie dwa poniedziałkowe poranki też miałem ciężkie. Pobudka o ósmej, ledwie po czterech godzinach snu. Bo ja Szanowni Państwo po każdej audycji ląduję w chałupie przed trzecią, po czym zabieram się za dobranocki sms-owe, ponieważ moi Nawiedzeni zamiast się ze mną pożegnać o wpół do drugiej, to ruszają z sms-owym impetem pięć po-, gdy już się pakuję, a jeszcze trzeba po sobie w studio posprzątać, by poranna zmiana nie miała Masłowskiemu za złe, że w komputerze pomieszał, słuchawek do gniazdek nie podłączył, nie pogasił świateł, okiennic nie domknął, itd... Już kiedyś delikatnie zasugerowałem, by może te nasze uprzejmości tyciu wcześniej, ale nie mam daru przekonywania. No dobrze, zamiast się cieszyć, to ja tu narzekam. A przecież szalenie miło jest otrzymywać taką korespondencję.
Prowadzący nie czuje się odosobnionym punktem na radiowej nocnej mapie. Dlatego piszcie Kochani, a ja grzecznie będę odpisywać, nawet o trzeciej po północy, a czasem jeszcze później. Ach, zapomniałem dodać, iż po odpisaniu na sms-y (maile dopiero poniedziałek/wtorek) zabieram się za okładki. Zanim płyty powędrują na półkę trzeba ustrzelić ich fotki, by poniedziałkowa audycyjna rozpiska wyglądała przyzwoicie.
Na tę chwilę w odtwarzaczu Dionne Warwick. I nie na winylowo, a z 3-kompaktowego zbioru, zdecydowanie starszych i jeszcze starszych przebojów. Trzeba też przyznać: miała (ta już blisko osiemdziesięcioletnia Pani) głos!







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





czwartek, 14 grudnia 2017

muzyka = pole ugodowe

Wielkimi krokami zbliżamy się do końca roku. W dawnych latach o tej porze namawiałem Słuchaczy do udziału w plebiscycie na album roku, teraz jedynie zachęcam do podsumowań i dzielenia się listą swoich faworytów. Lubię poznawać gusta Czytelników i Słuchaczy, dzięki nim często się inspiruję.
Będzie mi bardzo przyjemnie, gdy za jakiś niedługi czas zaczną pojawiać się na mojej mailowej skrzynce zestawienia od Szanownych Państwa.
Po długiej przerwie nastawiłem płytę "Arkansas Traveller" - amerykańskiej folk-rockowej songwriterki Michelle Shocked. Nigdy nie była u nas gwiazdą, ale ta płyta chyba trochę rodakom przypadła do gustu. Akurat ta, i żadna inna.
Michelle tworzy do dzisiaj, choć nie znam jej nowych nagrań. Na "Arkansas Traveller" była artystką pełną gębą. Z jednej strony typowa dziewczyna z sąsiedztwa, z drugiej zaś dama o aktorskim zacięciu. Sztuką nie lada wydaje się połączyć teatralno-musicalowe inklinacje z ranczerską prostotą, a dla niej to bułka z masłem. O jej światopoglądach, religii i orientacji seksualnej lepiej nie rozprawiać, bo nasze pięćdziesiąt procent narodu nigdy nie zapomni. Muzyka, jeszcze raz muzyka, to jak na razie wciąż pole ugodowe.
Noga wciąż się goi. Powoli, powoli... I szybciej nie będzie - przynajmniej tak twierdzi prowadzący mnie Pan Doktor Nauk Medycznych. Poczekam, nie mam wyjścia. Cukrzyca niestety nie pomaga, wszystko spowalniając, dlatego Złotka Wy moje: pilnujcie się przed tą paskudną chorobą. Chorobą, która nie boli, ale skutecznie sieje spustoszenie. W czasach obecnych cukrzyca jest chorobą cywilizacyjną, jak nowotwory, których ze sto lat temu prawie nie było. Choć oczywiście bywały inne dolegliwości, bo jak świat światem zawsze coś nam dolegało. Przecież musi być jakiś pretekst do zejścia.
Zostało mi jeszcze kilka dni na antybiotyku, po czym diabelstwo pójdzie w odstawkę, ale będą jeszcze maści, kompresy, bandaże...Oby na letni morski piach girsko było sprawne. No i kiedy ja się wreszcie napiję ulubionej złocistej?
Wracając do cukrzycy... wielu ludzi choruje, lecz spory ich procent w ogóle nie ma o tym pojęcia. Sprawa także dotyczy zwierząt, których norma cukru jest podobna jak u człowieka. Dla przykładu: u człowieka do 100 jednostek jest wszystko w porządku, a od 120 to już cukrzyca. U psiaków norma dopuszcza podobno dwadzieścia jednostek więcej. A piszę o tym, ponieważ psinka jednego ze Słuchaczy Nawiedzonego Studia, ostatnio dużo piła i piła, więc zaniepokojony właściciel zabrał stwora do kliniki, a tam z badań wyszło jej ok.700 jednostek !!! Psinka w ciągu kilku dni dostała zaćmy i oślepła. Zasmuciłem się, bowiem zwierzaki kocham ponad wszelką rasę ludzką. Muszę w porę zadbać o moją Zuleczką. Ona ma niestety taki apetyt, jak jej pan.
Gdy przed rokiem znalazłem się na SOR-rze, przywieziono mężczyznę z racji innej dolegliwości od cukrzycy, jednak lekarka zapytała pacjenta: "od kiedy choruje pan na cukrzycę?", na co jegomość: "nie choruję". Zdziwił się, gdy pani doktor poinformowała o wyniku. Człowiek miał ponad pięćset na liczniku, i dalej by stąpał po ziemi w niewiedzy, gdyby nie tamto zdarzenie.
Nie chcę umoralniać jak jakiś dewot, ale polecam przebadać się każdemu.
Dawno nie było "muzyki na dziś". Niech nam radośnie śpiewa i przygrywa na gitarze wspomniana Michelle Shocked. Z chęcią pograłbym Babę w Nawiedzonym, ale to raczej muzyka na biały słoneczny dzień, niż zimne niedzielno-poniedziałkowe wieczoro-noce.





Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



środa, 13 grudnia 2017

UFO - "The Salentino Cuts" - (2017) -









UFO
"The Salentino Cuts"
(CLEOPATRA RECORDS)

****




Gdy jako młodzieniec - za sprawą wydanego u nas w 1979 r. Tonpress'owskiego singla "Shoot Shoot" / "Doctor Doctor" - poznałem Brytyjczyków z UFO pomyślałem: czyżby wszystkie tytuły ich nagrań powielały jedną myśl w dwóch identycznych słowach?. Wkrótce na jednej z płytowych giełd zdobyłem ich genialną koncertówkę "Strangers In The Night", która w tej kwestii raz na zawsze zweryfikowała me naiwne przypuszczenia. Przy okazji w szybkim trybie również dostrzegłem wielkość ekipy, której wokalnie przewodził Phil Mogg, a na gitarze wycinał bezbłędny Michael Schenker. Ten drugi, właśnie ową trasą koncertową żegnał się z grupą na zawsze. Jednak późniejszy tok wydarzeń dowiódł, że na szczęście absencja potrwała tylko kilkanaście lat. Schenker powrócił w 1994 roku i nagrał (początkowo tylko z myślą o rynku japońskim) z dawnymi kolegami nad wyraz udaną płytę "Walk On Water" - w Europie jej premiera nastąpiła dopiero w 1995 r. Szkoda jednak, że na kolejnej, a wydanej sześć lat później "Covenant", było już słabiutko, a na kolejnej "Sharks" chyba jeszcze gorzej. W konsekwencji Schenker rozstał się po kilku raczej mizernych latach z szyldem UFO, na szczęście nie burząc zespołowej legendy. Obecnie muzyk realizuje się solo, bądź z własnym zespołem, koncertując i nagrywając dla dawnych fanów, gdzieś na uboczu wielkich scen.
Dla mnie UFO od zarania dziejów byli zespołem z tej samej półki, co Led Zeppelin, Nazareth, Deep Purple, Uriah Heep, bądź Black Sabbath. Zresztą, w tamtych czasach fani rocka wszystkie wywołane przeze mnie do tablicy nazwy wymieniali jednym tchem. Dopiero wraz z upływem kolejnych dekad znacznie osłabła pozycja takich Nazareth czy właśnie omawianych UFO. Przyznam, że i ja do tego dołożyłem cegiełkę, albowiem od dłuższego czasu nie drżą mi już ręce na wieść o ich najnowszych poczynaniach. Ukazujące się co kilka lat albumy kupuję raczej z szacunku i pewnego przyzwyczajenia, nie znajdując już na nich dawnej magii. Prawdą jest, iż nie oferują one repertuaru na miarę klasycznych dzieł, typu: "Phenomenon", "Force It", "Lights Out" czy "No Heavy Petting", że o "Strangers In The Night" nie wspomnę, albowiem ten wydaje się poza wszelką konkurencją. Rzecz to niedościgniona, a zarazem jeden z koncertowych albumów wszech czasów. Można, a nawet należy postawić go na półce tuż obok: Thin Lizzy "Live And Dangerous", Genesis "Seconds Out", Deep Purple "Made In Japan", Allman Brothers Band "At Fillmore East", Yes "Yessongs", Jethro Tull "Bursting Out" czy Supertramp "Paris".
Spójrzmy jednak na okładkę najnowszego "The Salentino Cuts". Zdobi ją jukebox, czyli szafa grająca, z której głównie korzystano w klubach i barach na przełomie lat 50/60-tych, a i jeszcze nierzadko w kolejnej dekadzie. Za przykładowe dziesięć centów można było wybrać ulubiony kawałek, który maszyna odtworzyła z siedmio-calowej płytki, i właśnie w dużej mierze na takim sprzęcie nasi bohaterowie kształtowali znaczną część muzycznej wrażliwości. Teraz postanowili wspomnieniami powrócić do tamtych chwil i spróbować za sprawą własnego talentu nagrać szczególnie lubiane kawałki. Z dwoma wyjątkami, wszak znalazły się tutaj również tematy nowsze, jak: "Honey Bee" - niedawno zmarłego Toma Petty'ego, bądź "River Of Deceit" - krótkotrwałej formacji Mad Season, której wokalistą był także nieżyjący już muzyk Alice In Chains, Layne Staley. Dobór pozostałych kompozycji ewidentnie jednak zdradza przywiązanie do muzyki przełomu 60/70's.
Na albumowy początek powędrowało porywające Yardbirds'owskie "Heartful Of Soul". Trzeba przyznać: kapitalna wersja, tak więc otwarcie królewskie. Później ani kapkę gorzej, albowiem interpretacja "Break On Through (To The Other Side)" - z rep. The Doors - równie okazała. Słychać, że panowie Mogg-Moore-Parker-Raymond-DeLuca świetnie się bawią. Organista Paul Raymond wcale nie odstaje tu od Raya Manzarka, a i pozostała ferajna spisuje się nienagannie. I jest ostrzej, niż w oryginale z 1967 roku.
Wyraźnie przypadła mi do gustu wersja piosenki Billa Withersa "Ain't No Sunshine" - znana także z osławionej rodzimej interpretacji Budki Suflera, jako "Sen o Dolinie". Mogg całość zaśpiewał z "drapieżną czułością" szlachetnego Otisa Reddinga, a jego koledzy w tło wpletli zbitek symfoniczno-bluesowy - prawdziwa bomba kaloryczna! Równie kąśliwie muzycy podeszli do "Honey Bee" - numeru Toma Petty'ego, pomimo iż przecież w oryginale piosenka też nie należy do pieszczotliwych.
Ogromne dzięki składam ekipie Phila Mogga za przełożenie na grunt hard'n'heavy fantastycznej folk-rockowej piosenki "Paper In Fire" - z repertuaru Johna Mellencampa. I w tym przypadku można mówić o ognistej przeróbce utworu, który w oryginale także swój ładunek ma. Być może na podstawie tej piosenki, dotychczasowi ignoranci talentu Johna Mellencampa nareszcie sięgną po inne jego nagrania.
Omawiana płyta zdecydowanie nosi czadowy charakter i nie ma tu miejsca na rzewne pieśni. Bo oto takie "Rock Candy" - z repertuaru grupy Montrose - klasowego wirtuoza Ronniego Montrose'a, albo równie mocne, a oparte na bluesie, hard rockowe granie w "Mississippi Queen" - z kompozytorskich objęć Woodstock'owej legendy Mountain - muszą rockowym uszom dostarczyć sporo frajdy. W obu tych fragmentach UFO sowicie dołożyli do przysłowiowego pieca. Tym samym nie chcąc pozostać dłużnymi wobec swych inspiratorów. W podobnym tonie można (i należy!) rozsiewać peany względem wszystkich pozostałych przeróbek, do których Brytyjczycy rzetelnie się przyłożyli. To muzyka, której należy z szacunkiem posłuchać głośno i jeszcze głośniej, i niech nikt nie ośmieli się jej przyciszać. Takie: "Too Rolling Stoned" (Robina Trowera), "Just Got Paid" (ZZ Top), "The Pusher" (grupy Steppenwolf) oraz finalizującego "It's My Life" - niemałego niegdyś przeboju The Animals - wypada posłuchać z decybelowym szacunkiem.
UFO po raz pierwszy w swej długiej historii pozwolili sobie na nagranie coverowego albumu. Pomysł znakomity, wykonanie jeszcze lepsze, i tylko pytanie: dlaczego tak długo z tym zwlekali?







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




to już trzydzieści sześć lat

Trzynasty dzień grudnia 1981 roku, był pokryty śniegiem, lodowatą zmarzliną i spowity zimnem. W niedzielny poranek - jak w każdą niedzielę - udałem się do kultowego Wawrzynka, ale tym razem giełda płyt się nie odbyła. I jeszcze przez pewien czas był taki stan rzeczy. Bo jak kilku wówczas na nią przybyłych poinformowano: giełdy nie będzie do odwołania. Tu wtrącę, iż w drodze do- jak i z Wawrzynka, nie spotkałem ani jednego milicjanta, żołnierza lub czołgu. Wszystko później zobaczyłem w telewizji, która to telewizja o każdej pełnej godzinie emitowała z odtworzenia nocne wystąpienie Jaruzelskiego. Generał Armii w czytanym z kartki tekście zaznaczał: "...mówię to z ciężkim sercem...", na co mój Tata z wściekłością nawet zareagował: "a ty w ogóle masz serce?". Złość podchodziła do gardła. Wówczas zasztyletowałbym cały tamten system, a największą radość sprawiłoby mi wymazanie z mapy sąsiedniego bratniego narodu radzieckiego. I choć nie skrywam w sobie długodystansowych pokładów nienawiści, tamtego dnia powystrzelałbym drani.
Od tamtych wydarzeń upłynęło długich 36 lat. To szmat czasu. Wiele się wydarzyło. Skończył się komunizm, Polska zasiliła NATO, jesteśmy w Unii Europejskiej, i wciąż jeszcze żyjemy w wolnym kraju. Pod warunkiem, że obecna władza, która ma chrapę na autorytaryzm, tego nie spieprzy. Dlatego mądrze i konsekwentnie korzystajmy z wolności i nie pozwólmy się z niej ograbić - za żadnych obietnic i pieniędzy garście. Bo jak mawiał Władysław Bartoszewski: warto być przyzwoitym. Lecz przyzwoitość wynosi się z domu i z rozumu. Przyzwoitość, to też wybaczanie. Choć wiem, że nie ma nic gorszego od ugodzenia Polaka. Ten ci bracie nigdy nie zapomni. Wszczynaj wojny ze wszystkimi, tylko nie z Polakami. Ten będzie krzywdy pamiętać po wsze czasy. Tym samym zapominając o krzywdach, które sam wyrządził. Dlatego znowu dzisiaj pójdą pod dom nieżyjącego Generała, znowu zapalą świece, znowu go przeklną, w myślach, słowach i uczynkach zeszmacą, po czym na deser zasiądą w kościelnych ławach, i wyartykułują: "...jako i my odpuszczamy naszym winowajcom...".







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




wtorek, 12 grudnia 2017

SCORPIONS - "Born To Touch Your Feelings - Best Of Rock Ballads" - (2017) -









SCORPIONS
"Born To Touch Your Feelings - Best Of Rock Ballads"
(SONY MUSIC)

***1/2






Do tej pory Scorpionsi nigdy nie zdobyli się na idealną kompilację ballad. Wydane w złotym okresie "Gold Ballads" było ledwie 5-utworowym mini albumem, który już choćby z tej racji, nie mógł zaspokoić apetytów. Nieco później spróbowano połączyć ballady z mocniejszym zespołowym obliczem ("Best Of Rockers'n'Ballads"), lecz i ten pomysł co najwyżej połechtał podniebienia. Wreszcie na początku lat dziewięćdziesiątych pojawił się chyba najbardziej konkretny zestaw, opatrzony tytułem "Still Loving You". Niestety i on, choć udany, nie zawierał kompletu ballad. Cóż, i wydanej właśnie kompilacji "Born To Touch Your Feelings - Best Of Rock Ballads" również daleko do ideału. Inna sprawa, że w przypadku tej płodnej grupy, nie da się zamknąć tematu w jednej skromnej płycie.
Na "Born To Touch..." nie brak uznanych heartbreakersów, a jednak da się zauważyć uszczerbek związany z pominięciem wielu pereł, jak: "Fly To The Rainbow", "Far Away", "Believe In Love", "Destin", "Daddy's Girl", "White Dove" czy "You And I". I choć sama tracklista z początku może uradować, to jednak, gdy przyjrzymy się płycie uważniej, dostrzeżemy kilka pułapek. Dla przykładu: "Send Me An Angel" nie jest powszechnie lubianą wersją znaną z albumu "Crazy World", a jedynie jej współczesnym akustycznym wcieleniem. Osławione za sprawą pierestrojkowych wschodnio-europejskich przemian "Wind Of Change", także nie pochodzi ze wspomnianego "Crazy World", a z niedawnego "Comeblack" - albumu zawierającego kilka coverów oraz również kilka współczesnych wersji ściśle wyselekcjonowanych przebojów. Podobnie sprawa ma się względem wielbionej u nas pieśni "Still Loving You". Tytułowe "Born To Touch Your Feelings" także nie ma niczego wspólnego z pierwowzorem zapisanym na longplayu "Taken By Force", albowiem w powyższą sympatyczną całość wmieszano młodziutką jego wersję - z akustycznego występu dla MTV. Identyczny zabieg dotyczy piosenki "When You Came Into My Life". Na szczęście wydawca, jak i sam zespół, nie wszystko zechcieli udziwnić, dzięki czemu w oryginałach możemy posłuchać: "Holiday", "When The Smoke Is Going Down", "Always Somewhere", jak i najpiękniejszej w całej balladowej historii Skorpionów "Lady Starlight" - wszystkie cztery w zremasterowanych wersjach z 2015 r.
Zbyt mocno nie kombinowano również z piosenkami epoki współczesnej, typu: "Gypsy Life" lub "The Best Is Yet To Come", choć takie "House Of Cards" czy "Eye Of The Storm" podano w skróconych wersjach singlowych, co akurat nawet można uznać za ciekawostkę in plus - pod warunkiem, że jedyne ich słuszne oblicza posiadamy już na pełnowymiarowych albumach.
Miło, że wreszcie na tego typu wydawnictwie pojawiła się piosenka "Lonely Nights". Ta pochodząca z bardzo niedocenianej płyty "Face The Heat" kompozycja, trafiła tu dzięki wokaliście Klausowi Meinemu, który mając do niej szczególną sympatię, postanowił ją sam od siebie przypomnieć. Niedawno na portalu Facebook Artysta obiecał, że choćby się waliło/paliło, ten kawałek musi pojawić się obowiązkowo na tej płycie. I słowa dotrzymał.
Za główną atrakcję stanowią tu dwie ostatnie piosenki. A są nimi: premierowe i zdecydowanie krótkawe - każda ledwie nieco ponad 3-minutowa - utwory: "Melrose Avenue" oraz "Always Be With You". Niestety niespecjalnie wgniatające w fotel - z niewielkim wskazaniem na malutki plusik względem tej drugiej. Tkwię w przekonaniu, iż szybko zapomnimy o tych dwóch najnowszych balladkach. Żadna z nich nie zasługuje na certyfikat wieczystego przeboju.
"Born To Touch..." potraktujmy jako kolejną niedoskonałą próbę stworzenia balladowej kompilacji, a także jako dodatek do trwającej właśnie światowej trasy "Crazy World Tour", która niedawno na moment zakotwiczyła w sopocko/gdańskiej Ergo Arenie, a niebawem przypomni się u nas w dalszym jej trybie - konkretnie w lipcu przyszłego roku w Łodzi. O sukces omówionej składanki jestem całkowicie spokojny, wszak już same tytuły nagrań potrafią zelektryzować.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





poniedziałek, 11 grudnia 2017

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 10 grudnia 2017 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań





"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 10 grudnia 2017 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski







W.A.S.P. - "The Last Command" - (1985) -
- Wild Child

W.A.S.P. - "W.A.S.P." - (1984) -
- Animal (Fuck Like A Beast) - oryginalnie na singlu w 1984 r.
- I Wanna Be Somebody

HALFORD - "Winter Songs" - (2009) -
- Winter Song
- Christmas For Everyone
- Oh Holy Night

UFO - "The Salentino Cuts" - (2017) -
- Heartful Of Soul - {The Yardbirds cover}
- Break On Through - {The Doors cover}
- Ain't No Sunshine - {Bill Withers cover}
- Honey Bee - {Tom Petty cover}

SCORPIONS - "Born To Touch Your Feelings - Best Of Rock Ballads" - (2017) -
- Always Somewhere (2015 remaster) - oryginalnie na LP "Lovedrive" w 1979 r.

CHRIS NORMAN - "Don't Knock The Rock" - (2017) -
- Don't Knock The Rock
- Crawling Up The Wall
- Sun In Rising
- Losing You

STAN BUSH - "Change The World" - (2017) -
- The Secret

JOHN LENNON - "Imagine" - (1971 / na CD 1999) - singiel CD
- Imagine - {with The Flux Fiddlers}

JOHN LENNON - "Anthology" - (1998) -
z CD 1 "Ascot":
- Working Class Hero
- Love
- Oh My Love

JIMMY NAIL - "Big River" - (1995) -
- Love - {John Lennon cover}

U2 - "Songs Of Experience" - (2017) -
- You're The Best Thing About Me
- Get Out Of Your Own Way

EAGLES - "Hotel California" - (1976 / reedycja 2017) -
z CD 2: live
- One Of These Nights
- Hotel California

LOS COLOGNES - "The Wave" - (2017) -
- Man Over Bored

GINO VANNELLI - "Big Dreamers Never Sleep" - (1987) -
- In The Name Of Money
- Time Out
- Wild Horses
- Something Tells Me

ANIA RUSOWICZ i GOŚCIE - "RetroNarodzenie" - (2016) -
- Cicho Cichuteńko - {gościnnie MARTYNA JAKUBOWICZ}

DIONNE WARWICK - "Reservations For Two" - (1987) -
- Love Power - {duet with JEFFREY OSBORNE}
- Close Enough
- In A World Such As This
- Another Chance To Love

GIANT - "Last Of The Runaways" - (1989) -
- I'm A Believer
- Hold Back The Night

HELLOISE - "Fata Morgana" - (2001) -
- Wasted Time

JEFF LYNNE'S ELO - "Wembley Or Bust" - (2017) -
- When I Was A Boy






Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




sobota, 9 grudnia 2017

Lennon

Pamiętałem o kolejnej rocznicy mordu na Johnie Lennonie. Zawsze pamiętam. Data "8 grudnia" jest we mnie wrośnięta, niczym każdy z dwudziestu paznokci. Cały wczorajszy wieczór spędziłem z jego piosenkami. A nie napisałem choćby słówka, ponieważ uczynili to za mnie wszyscy inni.
John Lennon zasługuje na pamięć, zarówno dzień przed, jak też dzień po, podobnie jak w styczniu, w lutym i każdej innej chwili. Słuchałem więc, czytałem wspominki, nie skupiając uwagi na jednej konkretnej płycie, a jedynie na lubianym od lat podwójnym zestawie, nazwijmy to: przebojów - "Working Class Hero - The Definitive Lennon". Jutro jednak posłuchamy kilku poza-albumowych rarytasów - z pewnego 4-płytowego i blisko 20-letniego boxu. Już teraz wszystkich Szanownych Państwa zachęcam najmocniej.
Odnoszę wrażenie, że już kiedyś wspominałem tamten feralny grudniowy dzień, nie ma więc sensu przepisywać raz już uzewnętrznionych wspomnień, jednak słówko jedno dorzucę. Otóż, byłem wówczas świeżo-upieczonym piętnastolatkiem, który bardzo przeżył wiadomość o śmierci wielkiego Beatlesa. I autentycznie tkwiłem w przekonaniu, że świat się zaraz zawali. Poczułem grozę, jakby przed chwilą jakieś imperium wystrzeliło bombę atomową i za moment wszystko miało się skończyć. Niewiarygodne tylko, że w mojej szkole żaden nauczyciel o morderstwie na Lennonie choćby słowem nie szepnął. Dałbym głowę pod topór, że będziemy Go opłakiwać, śpiewać niektóre piosenki, wspominać zasługi... a tu niestety, nauczyciele w ogóle nie poczuli podniosłości chwili, i każdy z nich, bez wyjątku, przeszedł do odgórnego toku zajęć. Rozczarowanie ich postawą, to lekko powiedziane. Na dobitkę jeszcze dodam, iż wielu moich rówieśników, także zupełnie nie ruszyło nic a nic. Dopiero na giełdach płytowych dało się odczuć poruszenie. Ludzie dyskutowali, niektórzy nie kryli bólu, a jeszcze inni momentalnie wyczuli koniunkturę i naprędce zaczęli masowo zwozić z Zachodu świeżutkie wówczas "Double Fantasy". Co nie było przecież zadaniem łatwym, albowiem początkowo wytwórnie nie nadążały nad dotłaczaniem albumu, o czym nawet łaskawie informowała u nas ówczesna reżimowa telewizja.
Samo "Double Fantasy" jest udane w co drugiej piosence. Nie idzie słuchać tych pisków Yoko Ono. Przepraszam Cię John, ale artystycznie tej Twojej Yoko jakoś nigdy nie znosiłem. Choć to już dzisiaj płyta "pomnik". Symbol czegoś, co było ostatnim artystycznym wyrazem jednego z największych twórców w dziejach muzyki.
Zaprzestałem po ćwierć wieku kupowania magazynu "Teraz Rock", a właśnie od kogoś usłyszałem, że w najnowszym numerze omówiono album "Walls And Bridges". Chyba jednak ulegnę pokusie i nabędę najnowszy numer odrzuconego rockowego magazynu. Lubię tę płytę, choć jest bardzo nierówna. Jest tam taka poruszająca ballada "Bless You". Okraszona ciepłą leniwą jazz-funkującą sekcją. Piosenka, którą aż się pragnie zapętlić.
Mam w domu winyl "Walls And Bridges". Reedycję Zjednoczonego Królestwa. Kupiłem ją kilkanaście lat temu, gdy była nowiuśką, wręcz gorącą na półce. Kosztowała niemało, ale czy to ważne? Mam tylu znajomych dusigroszów, to choć niech mnie nigdy na płyty forsy nie będzie żal. Załatwił mi ją pewien importer płytowy, który ssał forsę z wdziękiem pijawki, ale potrafił zdobyć wszystko. Dzięki niemu mam pokaźnie wypełnione półki płytowymi skarbami.
Owego winyla wydano z pieczołowitą dbałością o szczegóły pierwowzoru. Mało tego, masę wytłoczono w gramaturze 180, jako audiophile pressing. W tamtych latach nie było to tak powszechnym zjawiskiem, jak obecnie.
Chylę skruszenie czoła zdając sobie sprawę, iż nigdy przenigdy nie zaprezentowałem "Walls And Bridges" w moim Nawiedzonym Studio, i niestety nie uczynię tego też jutro - za dużo zaplanowanych nowości, w tym kilku troszkę zaległych. Poszukam jednak okienka w jednym z najbliższych tygodni.






Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





piątek, 8 grudnia 2017

krajobraz po bitwie

Beata Szydło (tradycyjnie) wrzeszczała wczoraj w Sejmie: "za co mnie odwołujecie?". Jak się okazuje: jej słowa nie były krzykiem do opozycji - która próbowała ją obalić za sprawą wotum nieufności - a do obozu, który chwilę później wręczył bukiet kwiatów tej tnącej w żółtym kostiumiku osie.
Opozycji się nie udało, uczynił to wieczorem prezes, u którego pani Szydło od zawsze była broszką w klapie. Co za obłuda; najpierw jej bronią na sztylety, po czym sami wyrzucają.
Acha, jeszcze były ucałowanka od prezesa, które w dechę określił jak zawsze niezawodny i celujący poseł Stefan Niesiołowski: pocałunkiem Judasza.
Skoro takim świetnym filarem była pani premier, to dlaczego ją zmieniono? To coś na zasadzie: Józek, byłeś świetny w łóżku, ale jednak idę do Zdziśka.
Beata Szydło wprowadza nowe zwyczaje składając dymisję na ręce PiSu, zamiast Prezydenta RP. Pomijam już, że wymiana premier powinna oznaczać wymianę całego gabinetu. Tymczasem elektowi Mateuszowi Morawieckiemu przyjdzie do stycznia rozprawiać z nieswoimi ministrami. Niepojęte, jak zresztą cały ten fatalny rząd.
Rzeczniczka Beata Mazurek też nie wystrzegła się gafy dostrzegając niewłaściwy odbiór Polski na arenie międzynarodowej. By gdzieś pod koniec wygłosić z typowym dla siebie "wdziękiem" farmazon: "PiS jest drużyną, jednością, i nikt nas nie poróżni". Pewnie, że nie, sami się wytłuczecie. I oby dla dobra Polski jak najszybciej.
Mateusz Morawiecki z pozoru wydaje się nieco lepszą partią na szefa rządu, niż beznadziejna Szydło, ale i jemu trudno zaufać. Bowiem w ogóle tej części obozu rządzącego zaufać, to jak wyciągnąć dłoń do skolopendry. W interesie Polski wypadałoby trzymać za niego kciuki, inna sprawa, że Mateusz Morawiecki nie ma zbyt wielu przychylnych twarzy w PiSie, a jedną z nich, choćby ten bufoniarski i prezesowski włazidup Zbigniew Ziobro.
Arogancja i hipokryzja - te słowa zawsze pasowały do PiSu. A wczorajsze wydarzenia tylko wzmocniły ich znaczenie.









Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






czwartek, 7 grudnia 2017

broszka - mem




Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






uszczerbek

Dzień rozpocząłem od dobrych wieści. Chirurg obejrzał nogę i dodał: "znaczna poprawa". A w dalszym słowie: "powiem panu, że gdy widziałem ją przed tygodniem, nie wyglądała zadowalająco. Teraz jest w zasadzie niemal zagojona".
Okazuje się, że już mogę wygrzewać się w wannie. Cieszę się, wszak prysznica nie cierpię. Antybiotyk zrobił swoje. Zapewne coś uszkodził, ale samo girsko podreperował. Od razu wstąpiły we mnie nowe siły witalne. Może niebawem nawet napiję się wódy? Pieszczę w barku kilka nierozpieczętowanych butelek złocistej, w tym nieotwartą imieninową.
Mam dobrą wiadomość dla Szanownych Nawiedzonych, otóż w Wigilię odbędzie się Nawiedzone Studio. Okazjonalnie je realizujący Szymon Dopierała zapewnił: "zrobię to dla ciebie". I cieszę się bardzo. Gdyby nie ten fakt, musiałbym się z Państwem pożegnać już 17 grudnia, by ponownie powitać dopiero 7 stycznia. Dzięki Szymonowi przerwa potrwa krócej, a na Wigilię przygotuję "wydanie specjalne". Będzie mnóstwo wspaniałych piosenek. Takich do bombek, lampek, barszczu, łazanek, karpia i piernika w czekoladzie - z konieczną marmoladą w środku. 
Upomniałem się o pochwały za mocniejsze granie, no to nadeszły - głównie za niedzielnych W.A.S.P. Nie przypuszczałbym, że album "The Crimson Idol" tak wielu Słuchaczom przypadnie do gustu. Historia Jonathana urzekła jednego z Nawiedzonych do tego stopnia, że wziął ją niemal za autentyczną. Taka opinia stanowi za największą nagrodę dla samego twórcy - Blackiego Lawlessa. Skomponować dzieło, które tak pobudzi odbiorcę, sztuką nie lada. Fantastyczna płyta, bez dwóch zdań. Teraz, gdy do niej po latach powróciłem, gości w odtwarzaczu nieprzerwanie. Ale oczywiście pomiędzy wierszami słucham również wielu innych nut. Część z nich nawet zanotowałem w radiowym zeszycie, celem najbliższego naszego spotkania.
Po wielu tygodniach oczekiwania, dotarło wreszcie 4-płytowe pudełko Townesa Van Zandta. Niedawno zaprezentowałem Szanownym Państwu kilka piosenek z pożyczonej od Pani Agnieszki płyty "Our Mother The Mountain", z którą wkrótce musiałem się rozstać. Wstyd, ale dotąd nie miałem jej na półce. Teraz już mam. Ją, jak i siedem innych albumów, które pomieściły się na czterech srebrzystych dyskach.  Żałuję jedynie, że oryginalne okładki strasznie pomniejszono i wrzucono na rewersy poszczególnych kartoników. Oszczędnie i niestety niekolekcjonersko postąpiła wytwórnia Charly. Wolałbym za taki zestaw zapłacić pięć/sześć dych więcej, na rzecz pełnowymiarowych reprodukcji. Już tak mam, przywiązuję do tego ogromną wagę. Boli mnie, gdy coś jest nie tak. Za kolejny przykład niech posłuży zakupiona ponad tydzień temu 2-płytowa reedycja "Hotel California" Eaglesów. Niby wszystko ok, ale.... wyciągam z kieszonki książeczkę i wznieca się we mnie uczucie przerażenia, albowiem patrzę, a tu ucięty jej fragment. Na szczęście książeczka jednak w całości, choć podczas pakowania ją perfidnie w dolnej części zagięto. Koszmar, sprawa nie do wyprostowania. Zwrócić, nie zwrócę, trudno, już ten egzemplarz ze mną pozostanie. Uszczerbek będzie mnie wkurzać po kres. Chyba, że dokupię jeszcze jeden egzemplarz?. Czasem tak postępuję, przez co ukochane płyty miewam zdublowane, bądź powielone jeszcze bardziej nadpobudliwie.
Właśnie spoglądam na onet.pl, i widzę, że opozycja bez szans, ta fatalna Beata Szydło pozostaje na stanowisku premiera - przynajmniej chwilowo (Jarosław Kaczyński też zdecydowanie woli nadal trzymać się roli zakulisowego coacha). Powinno być "premierki", no ale jaka tam z niej kobieta. W dodatku wiecznie rozwrzeszczana. Nie wyobrażam sobie z takim stworem pod jednym dachem. Zresztą w ogóle z jakimkolwiek przedstawicielem pisludów. 
Na koniec najważniejsze: polecam relację z niedawnego gdańsko-sopockiego koncertu Scorpions - pióra Tomka Ziółkowskiego. Proszę zajrzeć jeden wpis wstecz, a później pozazdrościć autorowi tamtego tekstu, takiego show.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





środa, 6 grudnia 2017

SCORPIONS - Gdańsk/Sopot, 1.XII.2017 - koncertowa relacja Tomka Ziółkowskiego






SCORPIONS
"Crazy World Tour"
1 grudnia 2017 r.
ERGO ARENA - GDAŃSK/SOPOT




Informacje o koncercie Scorpionsów wywołały we mnie wielkie nadzieje
na zobaczenie na żywo legendy, jednak ceny biletów skutecznie ostudziły mój zapał. Gdy już prawie zapomniałem o tym wydarzeniu, nadszedł mail od mojego kumpla, który zapytał, czy jedziemy na Scorpions?. Załatwił bilety, a plan był taki, by pojechać we trójkę. Jednak okazało się, że kłopoty zdrowotne uniemożliwiły wyjazd Nawiedzonemu. Pojechaliśmy więc we dwoje..
Pogoda w pierwszy grudniowy dzień tego roku nie była najlepsza, wyjechaliśmy dość późno, więc nie udało nam się dotrzeć nawet na fragment występu Nocnego Kochanka, który supportował gwiazdę wieczoru. W zamian za to, udało nam się wejść do strefy Golden Circle, dzięki czemu mogliśmy być bliżej całego widowiska. Sala wypełniona była w około 90%, a ludzie z niecierpliwością oczekiwali na występ legendarnego, ponad 50-letniego zespołu.
Dwupoziomowa scena, ogromne telebimy, na których podczas koncertu wyświetlane były wspaniałe wizualizacje, dopasowane do każdej piosenki, zapowiadały wspaniałe przedstawienie.  Nieco po godz. 20:30 na telebimach zobaczyliśmy lecący, wśród pięknie oświetlonych budynków jakiegoś miasta helikopter, z którego pokładu po chwili zsunęli się główni aktorzy wieczoru: Klaus Meine, Rudolf Schenker, Matthias Jabs, Paweł Mąciwoda oraz Mikkey Dee. I rozpoczął się magiczny występ, podczas którego głos blisko siedemdziesięcioletniego wokalisty zabrzmiał mocno i krystalicznie czysto. Zobaczyliśmy szalejącego na scenie niczym nastolatek Rudolfa Schenkera, który do niemalże każdej piosenki wybiegał na scenę z inną gitarą. Paweł Mąciwoda zaczął spektakl z biało-czerwoną flagą na koszulce. Moim zdaniem nieco w cieniu pozostawał Matthias Jabs, choć w pięknej solówce, która miała miejsce mniej więcej w połowie występu, pokazał pełnię swoich możliwości. Ale prawdziwe iskry krzesił ze swoich talerzy i bębnów Mikkey Dee - były perkusista Mötorhead.
Na mnie największe wrażenie zrobiła wspaniała wersja utworu "We Built This House", przy której miałem ciarki na całym ciele. Nie ukrywam, że najbardziej czekałem na ballady, typu: "Lady Starlight", "Wind Of Change", "Still Loving You" czy "Send Me An Angel". Niestety mojej ulubionej "Lady Starlight", nie usłyszeliśmy. W połowie koncertu zespół zaserwował kilku-utworowy set akustyczny, po którym nastąpił moment, na który czekała chyba cała publiczność zgromadzona w Ergo Arenie. Przy "Wind Of Change" cała sala eksplodowała i wszyscy razem zaśpiewali z Klausem Meine: "...take me, to the magic of the moment, on a glory night, where the children of tomorrow dream away, in the wind of change...".
Zespół oddał hołd zmarłemu w ubiegłym roku Lemmy'emu Kilmisterowi i zagrał jeden z utworów Mötorhead. Kolejne ciarki i wzruszenie. Po tym emocjonującym momencie doszło na scenie do prawdziwej eksplozji, którą zaserwował nam Mikkey Dee ze swoją fenomenalną solówką. Wyniesiony na specjalnym podnośniku ponad scenę wyglądał niemalże jak Władysław Jagiełło spoglądający na pole bitwy pod Grunwaldem, a tym samym wymierzający wyimaginowane ciosy Krzyżakom.
Scorpionsi pożegnali się dwoma bisami, którymi były: "Still Loving You" oraz "Rock You Like A Hurricane", które również razem zaśpiewaliśmy z niezmordowanym i biegającym po scenie Klausem Meinem.
Sporo szczęśliwców opuszczało koncert z pałeczkami rozrzucanymi w czasie show przez wokalistę, w tym także kostki do gitary, które podarowali publiczności gitarzyści. Opuszczałem koncert z poczuciem wielkiego zadowolenia, ale też pewnego niedosytu, ponieważ mógłbym tak jeszcze stać i słuchać przez kolejne półtorej godziny. W drodze powrotnej w odtwarzaczu kręcił się na okrągło zakupiony przed koncertem nowy składak "Born To Touch Your Feelings".





Tomek Ziółkowski





wtorek, 5 grudnia 2017

miłosna machina

U2 nagrali bardzo dobrą płytę. Słucham jej nieprzerwanie. No i dobrze, tak być powinno. Najważniejsze, że po wielu posłuchaniach nadal nie mam dość. To dobry omen, oznacza, że będę do niej powracał.
Słyszeliście Szanowni Państwo: Andrea Bocelli w maju 2019 w Poznaniu. Na stadionie Kolejorza. No no no, a co na to sektory ultrasów? Pewnie trzęsą gaciami, by im fani opery krzesełek nie zdemolowali.
Okazuje się, że piątkowych Scorpionsów da się nadrobić w lipcu przyszłego roku. "Chłopaki" przyjadą do Łodzi, tym razem w ramach trasy "Crazy World Tour". Fajnie, bardzo lubię tę płytę. I wcale nie za balladki "Wind Of Change" i "Send Me An Angel", choć akurat te nigdy mi się nie znudziły. Ale to w ogóle fajna, czadowa płyta. Chyba najbardziej doceniona w Niemczech. Tam sprzedano jej ponad milion egzemplarzy, co jest nie lada wyczynem w stosunku do Stanów Zjednoczonych, które spisały się na ledwie dwa miliony. Wiadomo, Dojczlandy najbardziej preferują swoje, choć oni na muzykę spoglądają globalnie. Tam nawet Polak się przebije, jeśli zasłuży. Do dzisiaj nie zapomnę, jak przed ćwierć wieku na Kudamie dostrzegłem reklamę koncertu Mazowsza. Plakatów na kilkanaście metrów w ścisłym Centrum Berlina. A tego wieśniackiego Kultu przez trzydzieści wiosen nie zawieszono tam choćby jednej zdrapki. Ale wiadomo, ci tam za Odrą nie znają się na sztuce. Oni tylko przez przypadek spłodzili Schumanna, Mendelssohna, Brahmsa, Händla, Bacha, Beethovena czy Wagnera.
Wracając do koncertów, o ile smutno mi z racji niemożności wyjazdu na Scorpions, o tyle serce się kraja z niedotarcia na W.A.S.P. Tym bardziej, że wówczas jeszcze noga była zdrowa, choć z drugiej strony: nikt wyjazdu nie proponował, a ja zwierzę stadne jestem. Bez choćby jednego kompana, w Polskę nie ruszę.
Od kilku dni urządzam sobie wspominki W.A.S.P.-owe, słucham głosiku Blackiego Lawlessa, rozkoszuję się czadowymi sekcjami jego kompanów - bo te się akurat zmieniały. No właśnie, i teraz przychodzi mi do łba, że prezentując w niedzielę concept-album "The Crimson Idol", kompletnie zapomniałem przedstawić Państwu Szanownym instrumentalistów tamtego wcielenia zespołu, o uroczej nazwie, która w pełnej krasie brzmi: We Are Sexual Perverts, czyli W.A.S.P. To przewrotny i kpiący sztandar, wywodzący się od anglosaskich protestantów, tj: White Anglo-Saxon Protestant. Wracając do składu z "The Crimson Idol"... oczywiście Blackie Lawless, jako szef całego przedsięwzięcia - śpiew, gitara, instrumenty klawiszowe oraz gitara basowa, a później warto zwrócić uwagę na trzy niezwykłe osobowości, z którymi Blackiemu udało się współpracować równocześnie, tj: Bob Kulick - gitarzysta od Kiss i Meat Loafa, a zarazem brat innego słynnego wymiatacza Bruce'a, następnie bębniarz Frankie Banalli - ten od Quiet Riot, niegdyś kapitalnego zespołu, który obecnie gra jakiś totalny syf. No i gitarzysta Doug Aldrich - istna potęga! W swoim CV ma zapisanych Whitesnake czy Ronniego Jamesa Dio, a ostatnio gra u boku Deena Castronovo (ex-perkusisty Journey, który zarazem także świetnie śpiewa) w Revolution Saints. W tym miejscu warto przypomnieć, iż na "trójce" Blackie przerobił "Easy Livin' " Uriah Heep'ów, co okazało się wersją ze wszech miar genialną !!!, no i w której na organach ciął sam Ken Hensley.
Z W.A.S.P.-ami zacząłem przygodę na ich samiuśkim początku. W 1984 roku wpadła w me szpony ówczesna debiutancka nowizna. I mam tego winyla po dziś dzień. Nawet w czasach, gdy zgłupiałem i zacząłem wyprowadzać winyle z chałupy - na rzecz srebrzystych płytek, nawet do głowy mi nie przyszło, by pozbyć się longa W.A.S.P. "W.A.S.P.". To ta płyta od choćby "I Wanna Be Somebody" czy "L.O.V.E. Machine" ("...one wszystkie pragną mej miłosnej machiny..."). Wówczas jeszcze Blackie śpiewał prostackie teksty, z gatunku: hej maleńka, choć zrobię ci dobrze. Facet jednak szybko z tego wyrósł, choć szkoda, gdyż akurat w metalowym rock'n'rollu fajnie się komponują tego typu wulgarności z czadową i refrenową muzyką. Poza tym, wulgarność to ja spotykam na każdej ulicy, więc nie bądźmy obłudni. W każdym razie, melodie z jedynki W.A.S.P.-ów były przygniatające. Nie szło się od nich opędzić. Następna płyta "The Last Command" nadal była prostacka w warstwie lirycznej, za to pokazała zespołowe oblicze już jako nieco ambitniejsze, co akurat minimalnie wyszło W.A.S.P.-om in minus. Był tam jednak kapitalny hit "Wild Child", w którym Blackie ze zwierzęcą żądzą wyskandował: "...jestem bachorem-dzikusem, który tylko pragnie, byś go kochała...". Hmmm, z jednej strony Blackie ze sceny rzygający krwią, i to w jeszcze bardziej brutalnym tonie od ucinania głów ptakom przez Alice'a Coopera, z drugiej zaś budziła się w nim potrzeba prawdziwej miłości. A nie tylko szybkich numerków, których mógł dokonywać po każdym koncercie w zakulisowej garderobie. I to na zasadzie: bierz przebieraj.
Blackie jest jednak wrażliwym facetem, i wcale nie takim skurwielem za jakiego próbował z początku uchodzić. Przecież w młodości wykazywał nawet sporą religijność, dopiero w późniejszych latach wziął się za okultyzm, który i tak zresztą zatoczył mu życiowe koło, dzięki czemu Blackie pojednał się z Bogiem.
Powracając do muzyki... na zawsze moją ukochaną płytą Seksualnie-Perwersyjnych pozostanie trójka "Inside The Electric Circus". Boże mój drogi, tylko Ty jesteś świadkiem, ile razy tej płyty posłuchałem. Dwieście, trzysta...? Niegdyś po pięć razy dziennie. Tak bardzo kochałem to dziełko z 1986 roku. No, ale wówczas miałem ledwie dwadzieścia jeden lat i całe mnóstwo niespożytej energii. Poza tym, pewna głupia małolata kopnęła mnie w dupsko, za co losowi jestem ogromnie wdzięczny. Panienka wyssała ze mnie wszystkie uczucia, których nie była warta nawet za najbardziej zajechaną i trzeszczącą płytę świata.
Trochę żywię do siebie samego żal, że tak rzadko prezentuję w swych programach muzykę zespołu, który tak wiele dla mnie znaczy. Niestety zawsze myślę o Słuchaczach. O tym, by ich "nie umonotematycznić", nie zamęczyć, nie przesadzić.... Nie do końca zatem bywam sobą, ponieważ powinienem podążać za głosem sumienia i się kompletnie niczym nie przejmować. Tylko grać, co ślina na ozór przyniesie. Jeśli przyciśnie na dwie godziny W.A.S.P., to ani minutę krócej. Tylko obawiam się, że słuchalność gruchnęłaby na łeb i szyję. A to dla radiowca cios.
Ciągle odnoszę wrażenie, że większość ludu woli słuchać jakiś smutów. Takich, jak ta nasza szara rzeczywistość. Bo nikt nigdy nie pochwali za Reo Speedwagon, Great White, Mötley Crüe, Journey czy W.A.S.P., natomiast za jakiś gotyk lub cierpiętnicze balladki (choć wszystko to, też jak najbardziej lubię) od razu niezliczone peany. Przepraszam jeśli kogoś uraziłem, ale tak właśnie myślę, i tak odczuwam.
Chyba się rozpisałem, a przecież sam nie przepadam za takimi wywodami. Stawiam więc kropkę.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





poniedziałek, 4 grudnia 2017

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 3 grudnia 2017 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań





"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 3 grudnia 2017 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski







BLACK SABBATH - "The End (Live in Birmingham)" - (2017) -
- Dirty Women

GRETA VAN FLEET - "From The Fires" - (2017) -
- A Change Is Gonna Come - {Sam Cooke cover}

SHAKRA - "Infected" - (2007) -
- Vertigo

SCORPIONS - "Born To Touch Your Feelings - Best Of Rock Ballads" - (2017) -
- Send Me An Angel (acoustic version 2017) - oryginalna wersja na LP "Crazy World" z 1990 r.
- Lonely Nights - oryginalnie na LP "Face The Heat" z 1993 r.
- Melrose Avenue - new song
- Always Be With You - new song

W.A.S.P. - "The Crimson Idol" - (1992) -
- The Idol
- Hold On To My Heart
- The Great Misconceptions Of Me

STAN BUSH - "Change The World" - (2017) -
- Change The World
- Warrior
- The Touch

JEFF LYNNE'S ELO - "Wembley Or Bust" - (2017) -
- Roll Over Beethoven

THE COOPER TEMPLE CLAUSE - "Make This Your Own" - (2007) -
- Take Comfort

U2 - "Songs Of Experience" - (2017) -
- Love Is All We Have Left
- Summer Of Love
- Red Flag Day

LOS COLOGNES - "The Wave" - (2017) -
- Sneakin' Breadcrumbs
- Unspoken
- Molly B Good

DAVID BOWIE - "David Bowie" - (1967) -
- Rubber Band
- Love You Till Tuesday

DOVES - "Lost Souls" - (2000) -
- Rise

MAÑANA - "Interruptions" - (2008) -
- Little Lights
- Berliner Blau
- Roadside Museum

LONGVIEW - "Mercury" - (2003) -
- If You Asked
- Falling For You

CATHERINE WHEEL - "Adam And Eve" - (1997) -
- Broken Nose
- Phantom Of The American Mother
- Ma Solituda

KANSAS - "Leftoverture: Live And Beyond" - (2017) -
- Magnum Opus

================================
================================




"NOCNIK" - czyli "NAWIEDZONE STUDIO DOGRYWKA"

pierwsze trzy nagrania nocnego pasma z kompaktów Tomka Ziółkowskiego....




FREDDIE MERCURY - "Messenger Of The Gods (The Singles)" - (2016) -
- Love Me Like There's No Tomorrow - {oryginalnie na LP "Mr. Bad Guy" w 1985 r.}

U2 - "Songs Of Innocence" - (2017) -
- Book Of Your Heart - {dodatek na Deluxe Edition}

SCORPIONS - "Born To Touch Your Feelings - Best Of Rock Ballads" - (2017) -
- Lady Starlight - {oryginalnie na LP "Animal Magnetism" w 1980 r.}


================================
================================






Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



Wczorajszy "słoneczny" księżyc, niemal na równi z latarniami

sobota, 2 grudnia 2017

U2 - "Songs Of Experience" - (2017) -








U2
"Songs Of Experience"
(ISLAND)

****





W założeniu "Songs Of Experience" miało ukazać się krótko po wydanej przed trzema laty "Songs Of Innocence"- jednak stało się inaczej. Złożyło się na to wiele okoliczności, których Bono nie chciał przemilczeć. A więc otrzymujemy mniej uniwersalny album, za to mocniej upolityczniony (na co wpływ wywarł m.in. Brexit, jak też dojście do władzy Donalda Trumpa) oraz uwrażliwiony na kwestie uchodźcze, bądź zauważalną ogólną ekspansję zła. Bono każdą z piosenek traktuje jako manifest; czy to do ludzi, czy też ku miejscom lub okolicznościom, które ostatnio zawirowały w jego duszy. Muzycznie jest bardzo przystępnie i melodyjnie, brzmieniowo zaś U2 bazują pomiędzy latami osiemdziesiątymi, a dobrotliwością współczesnych możliwości produkcyjnych, a nad czym czuwał sztab złożony z pięciu producentów. Mimo tak liczebnej ekipy, nie znajdziemy tu zbyt wielu dźwiękowych eksperymentów, ponieważ z założenia większość piosenek została oparta na tradycyjnej gitarowo-perkusyjnej sekcji - co tylko im wyszło na dobre.
Całość rozpoczyna najkrótsza w zestawie nastrojowa pieśń "Love Is All We Have Left" - w pierwszych taktach podszyta a'la bałałajkowym wstępem, splecionym za sprawą wysublimowanej elektroniki. W głównym przekazie Bono zaznacza: "...miłość, to wszystko co nam zostało...". I niech te słowa posłużą za albumowe motto. Chwilę później potrząśnie nami "Lights Of Home" - w moim odczuciu będąca wypadkową zaskakującego niegdyś brzmienia na rewelacyjnym "Achtung Baby", a surowo-garażowymi The Black Keys. Następne dwie kompozycje: "You're The Best Thing About Me" oraz "Get Out Of Your Own Way", za sprawą niedawnych singli, dobrze już znamy. Pierwsza z nich, zdecydowanie gitarowa, nośna i chwytliwa, z kolei drugą podlano w dużym stopniu elektroniką, natomiast raz po raz wyłaniającą się delikatną partię gitary cofnięto na dalszy plan - co na szczęście w żaden sposób nie zakłóciło jej swoistego uroku. Obie piosenki z dużym potencjałem przebojowości. W tej ostatniej pomiędzy wierszami usłyszymy: "...kruszeje nam oblicze wolności...". Piosenka w końcowej fazie płynnie przechodzi w jeszcze mocniej podszytą elektroniką "American Soul". I akurat za takim U2 już nie bardzo przepadam, więc ten fragment dla mnie chybiony. Natomiast kolejne dwie kompozycje: "Summer Of Love" oraz "Red Flag Day",
znowu wyborne. W dobitnym "Summer Of Love" Bono zaśpiewa: "...w gruzach Aleppo kwiaty kwitną w cieniu, a słońce raduje jakoś szczególniej...". Z kolei w "Red Flag Day", grupa odnosi się do fali uchodźczej, która każdego dnia pochłania wiele ofiar. O morzu pełnym krwi Bono zarzuca: "...dzisiejszego dnia znowu nie podano, ilu wczorajszej nocy na morzu zaginęło bezpowrotnie...". Bono to wrażliwy facet, który nie przymyka oczu, nie tworząc tym samym wokół siebie wygodnego siedliska. On i jego koledzy nie tylko są dostarczycielami ładnych melodii, takich do jeszcze milszego posłuchania, lecz ich misją wydaje się niepozostawienie słuchacza obojętnym.
Podstawowa wersja albumu zawiera trzynaście nagrań, i jeśli się postaramy, z każdego z nich uczynimy swoisty przebój. Wspomnę jeszcze o kilku songach z drugiej części "Songs Of Experience", które polubiłem jakoś szczególniej. Tj. balladę "Landlady" (...nigdy nie dowiem się, co mieli na myśli głodujący poeci, bowiem gdy bywałem spłukany, ty za mnie płaciłaś rachunki...), jak też znaną fanom grupy od kilku miesięcy podbitą elektroniką, choć w konsekwencji jednak na pół-gitarową pieśń "The Blackout" - o czyhających zagrożeniach (...kiedy zgasną światła, rzuć się z ciemności w stronę światła, i nigdy nie powątpiewaj w jego znalezienie...). No i jeszcze koniecznie nastrojowo-smutny i podniosły finał, w postaci "13 (There Is A Light)" - w którego toku padają słowa: "...wokół światła gromadzi się mrok...".
Malkontentów muszę zmartwić, U2 po raz kolejny nagrali zdecydowanie udaną płytę. I tylko czas pokaże, czy być może nawet lepszą od poprzedniej "Songs Of Innocence".






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"







piątek, 1 grudnia 2017

centrum słuchu

Pięknie wszystkim dziękuję za życzenia! Nie pamiętam niestety tak stonowanych Andrzejek. Takich bez przysłowiowego kielicha. A proszę sobie wyobrazić, że nawet od Słuchacza Bartka otrzymałem butelczynę Black & White (na zdjęciu). Ta będzie musiała poczekać na lepszy czas. Powiedziałem Bartkowi: napiję się później, na co usłyszałem: oby w ogóle. Oj tak, oby w ogóle.
Pochwalę się jeszcze pozostałymi podarkami... I tak, jak już wcześniej napisałem, dostałem od mego syna Tomka DVD z najnowszym koncertem Black Sabbath. Występem pożegnalnym z rodzimego Birmingham. Jeszcze nie obejrzałem, chciałbym z moim Tomkiem, ale on się zakochał, przez co praktycznie przestał bywać w domu.
Od Piotrka "nie tylko maszyny są naszą pasją" otrzymałem trzeci dyskograficzny, najnowszy i tegoroczny CD kompletnie nieznanej pewnej amerykańskiej formacji, której fragment okładki na poniższym zdjęciu. Wszak wiecie Szanowni Państwo, że lubię niespodzianki. Posłuchamy co nieco z tej płyty w najbliższą niedzielę.
Kilka dni temu dobry znajomy Robert (akurat niesłuchacz N.S.), który ma hopla na punkcie hard'n'heavy, ale też wykazuje sympatię względem niektórych "moich" bandów melodic-rockowych, podarował mi na winylu ostatnich Pride Of Lions. Płyta co prawda ukazała się dobrych kilka miesięcy temu, w dodatku jej fragmenty prezentowałem w stosownym czasie, jednak z winyla przynajmniej jakiś jeden fragmencik musimy sobie zapodać.
Dzisiaj wręczono mi kolejne dwa souveniry. W południe słuchacz Szymon Gogolewski, do życzeń imieninowych dołożył kopertę z logo "Amazon", a w niej najnowszy album jednego z najwspanialszych melodic-rockowców. Celowo również w tym przypadku zakryłem na fotce literki, albowiem mowa o kolejnej niedzielnej niespodziane na łączach. Kilka godzin później do mej roboty wleciał gotycki Krzysiek wraz z podwójnym winylem Johnny'ego Casha. Nie mogłem doczekać powrotu do domu.
Tak tak, wiem wiem.... chwalipięctwo, no ale komu mam o tym napisać? Przecież nikogo innego tym nie zainteresuję. W dodatku muszę sobie jakoś poprawić humor, przecież w chwili, kiedy piszę te słowa, powinienem skakać po gdańsko-sopockim parkiecie na koncercie Scorpions. Zamiast tego, z samego rana - w ramach rekompensaty - zabrałem imieninową stówę od rodziców i zakupiłem ich najnowszego składaka "Born To Touch Your Feelings - Best Of Rock Ballads". Właśnie się ukazał, więc była najlepsza okazja. Zawiera on także nowe utwory, których także posłuchamy.
No, ale ja tylko o sobie, a przecież moja Zuleczka właśnie obchodzi 5-urodzinki. Kupiłem jej paczkę ulubionych smakołyków, których ledwie 80 g-paczka kosztuje 14 złotych, a więc drożej od ludzkiego obiadu w restauracji. Warto, merdająca kitka jest najlepszą zapłatą.
I na koniec taka ciekawostka, o której możecie Szanowni Państwo nie wiedzieć, więc dowiecie się ode mnie. Otóż, żonka mojego dobrego i lubianego znajomego Pana Artura, od pewnego czasu miewa problem z jednym uchem. Sprawa jest poważna, więc nie wystarcza rejonowy laryngolog, a w grę musiał wejść spec nad specami, no i.... sprawa dotarła aż do Światowego Centrum Słuchu w Kajetanach p/Warszawą, na ręce pewnego rozchwytywanego specjalisty, którego nazwiska zdaje się wymieniać nie powinienem. I proszę sobie wyobrazić, że podczas rozmowy w jego gabinecie, gdy ustalano termin leczenia wspomnianej damy, zostało dostrzeżone w jego kajecie nazwisko Briana Johnsona. Po zadaniu pytania, czy to ten śpiewak z AC/DC, pan doktor potwierdził, że właśnie on ma zająć się leczeniem ubytku słuchu lubianego u nas już ex-wokalisty Australijczyków. Napisałem o tym Państwu Szanownym po znajomości, ponieważ jesteśmy sami, nikt nas nie podsłuchuje, i niech to będzie takie tylko nasze.
Do usłyszenia w niedzielę o 22.00 na 98,6 FM Poznań....






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"