poniedziałek, 23 kwietnia 2018

"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 22 kwietnia 2018 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań






"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 22 kwietnia 2018 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Michał Cybula
prowadzenie: Andrzej Masłowski







CHRIS BAY - "Chasing The Sun" - (2018) - no proszę, z początku niby to takie sobie, a teraz zdecydowanie na "tak" !
- Silent Cry - {feat SONJA HÖLLERING}
- Move On

REDS'COOL - "Press Hard" - (2015) - zamerykanizowani Rosjanie nieźle dają czadu, w dodatku z melodią
- Strangers Eyes

PRAYING MANTIS - "Legacy" - (2015) -  już 11 maja nastąpi premiera nowego albumu "Gravity"
- The One

JAMES CHRISTIAN - "Craving" - (2018) - najnowszy, czwarty solowy album wokalisty House Of Lords
- Black Wasn't Black
- Heaven Is A Place In Hell

WET - "Earthrage" - (2018) - zniknęły z nazwy "W.E.T." kropki, i muzycznie jest jeszcze lepiej!
- Dangerous
- Calling Out Your Name
- Heart Is On The Line

MAYER HAWTHORNE - "How Do You Do" - (2011) - podczas sobotniego Record Store Day, kawałek "A Long Time" zrobił wrażenie na ikonie polskiej piosenki (i nie tylko piosenki) Andrzeju Dąbrowskim
- No Strings
- A Long Time

TOM JONES - "Tom Jones Sings She's A Lady" - (1970) - nabytek z tegorocznego Record Store Day
- She's A Lady - {Paul Anka cover}
- Til I Can't Take It Anymore
- Resurrection Shuffle
- You're My World (Il Mio Mondo) - {Cilla Black cover}

EDDIE COCHRAN - "Rock & Roll Hero" - (podwójna kompilacja, daty wydania nie podano) - w ostatnim czasie prezentowałem sporo piosenek Cochrana w objęciach innych, no to wczoraj już w oryginale
- Summertime Blues - {1958}
- Love Again - {1958}
- C'mon Everybody - {1958}

SVARTANATT - "Starry Eagle Eye" - (2018) - z wytłumionego winyla, za to muzyka pierwszorzędna
- Hit Him Down
- The Lonesome Ranger

RITCHIE BLACKMORE'S RAINBOW - "Memories Of Rock II" - (2018) - najnowsza studyjna propozycja Tęczowych, taka z gatunku: może być, za to materiał koncertowy wykonany "koncertowo"!
- Waiting For A Sign - {nowy studyjny}
- Carry On Jon
- Temple Of The King
- Smoke On The Water

PÕHJA KONN - "Põhja Konn"- (2016) - folk/prog-rockowy debiut z Estonii. Zupełnie, jakbyśmy wehikułem czasu udali się w podróż do roku 1973
- Võitlus
- Pigilind
- Ümarruut

KING CRIMSON - "Epitaph" - (1997) - już niebawem, tj. 13 i 14 czerwca br., Karmazynowy Król zagości na dwóch koncertach w Poznaniu, a chwilę później na trzech w Krakowie.
koncert w Fillmore West w San Francisco, 15 grudnia 1969 r. :
- 21st Century Schizoid Man

FOCUS - "Hamburger Concerto" - (1974) - w sobotę 9 czerwca, Jan Akkerman, plus jego band (nie Focus), wystąpią w bydgoskiej Kuźni
- Birth - {kompozycja Jan Akkerman}

MARILLION - "Recital For The Script" - (2009) - Fish w październiku m.in. w Poznaniu, a i też perkusista tamtego składu Marillion, Mick Pointer, ze swoim zespołem Arena zagrają 16 maja w poznańskim "U Bazyla"
koncert z Hammersmith Odeon, Londyn, 18 kwietnia 1983 r. :
- He Knows You Know
- Forgotten Sons

DON AIREY - "Keyed Up " - (2014) - organista Deep Purple szykuje nowe studyjne dzieło "One Of A Kind", które ujrzy światło dzienne 25 maja br., a więc wczoraj na zachętę jeden z dwóch najlepszych fragmentów płyty "Keyed Up"
- Claire D'Loon

OZZY OSBOURNE - "Bark At The Moon" - (1983) - lepiej do poduszki być nie mogło, skoro tylko Ozzy z pełnią swoistego uroku potrafi zaśpiewać: "...daj mi mą wolność, a później zamknij mnie w grobie..."
- Waiting For Darkness






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






niedziela, 22 kwietnia 2018

o Panu Andrzeju Dąbrowskim, a także o czymś, czego w szkołach nie uczą

Na świętowanie Record Store Day zajrzałem do pewnego sklepiku, do którego również na dłuższą chwilkę zawitał Pan Andrzej Dąbrowski. Ktoś pamięta "Szał By Night", "Do Zakochania Jeden Krok", "Zielono Mi" lub "A Ty Się Bracie Nie Denerwuj"? Piosenki, które niegdyś śpiewała cała Polska, śpiewałem i ja.
Pan Andrzej jest bitym osiemdziesięciolatkiem, ale nikt by Artysty o to nie posądził. Energiczny, pełen życia, o dobrej kondycji, w charakterystycznych okularach i z jeszcze bardziej rozpoznawalnym głosem, dzięki któremu miałem zaszczyt zdemaskować tego klasowego Muzyka.
Na Record Store Day przyniosłem do znajomego pogodną płytkę Mayera Hawthorne'a "How Do You Do" - bo to taki dzień, jak tego typu śpiewanie - i Panu Andrzejowi Dąbrowskiemu wpadło z niej do ucha "A Long Time". W pewnej chwili uciekł nam wszystkim, by wkrótce przyprowadzić obecnego młodocianego kompozytora, by ten z kolei rzucił uchem, a i okiem, na albumową okładkę. Posłuchaj, chciałbym coś podobnego dla siebie - skierował Artysta do nutowego czarodzieja. Byłem autentycznie dumny. Każdy by był.
Od Pana Andrzeja zdążyłem się jeszcze dowiedzieć, jak bardzo lubi muzykę magika trąbki, jakim Chris Botti, a ponadto, że po niedzieli odbierze Fryderyka. Obowiązkowo trzeba zarzucić okiem w TV.
Zapytałem o jego pasję motoryzacyjną - to dawne czasy, odrzekł. Zahaczyłem o perkusję - obecnie już nie gram, odparł. Co mnie zaskoczyło, że muzyk doskonale pamięta okładki własnych płyt, kompozytorów piosenek, nazwiska producentów, lecz niekoniecznie same tytuły albumów.
Pan Andrzej był przyjemną, a też ogromną atrakcją Record Store Day. Nawet pewien znajomy trzasnął nam wspólne selfie, choć ja sam o tym nie pomyślałem. Zaoferowany takim spotkaniem, gdzie mi tam było myśleć o fotce, o ewentualnym autografie, choć większość ludzi zwykle od tego zaczyna. Może i dobrze, muszę ćwiczyć pamięć. Być może po latach przeczytany na blogu tekst wszystko rozjaśni.
Żal jedynie sprzedającego w tym jego malutkim, skromniutkim sklepiku. Odwiedzali go co prawda przeróżni ludzie, raz bliżsi, raz dalsi znajomi, ale niestety żaden z zadeklarowanych kolegów. Sprzedawca twierdzi, że wielu spośród nich interesuje się muzyką, nawet kupują, wręcz kolekcjonują płyty, jednak tego dnia nie pomyśleli o koledze. Nie myślą też w inne, ale pal diabli inne dni, szkoda, że choć ten jeden raz do roku... Zapewne nie przeżyliby, gdyby im przyszło wysupłać pińć zyla na niepotrzebną płytę. Kurcze, gdybym to ja miał kumpla prowadzącego płytowy sklep, wleciałbym po obojętnie jaką płytę. Na zasadzie: cegiełki. Kumpel to dla mnie kumpel - jak by to zasunął Krzysztof Kowalewski w "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz". Hmmm..., gdyby moim kolegą był jakiś barman, to bym czasem do niego zwyczajnie zaglądał, by napić się piwa, pomimo iż piwa nie pijam, bo nie lubię.
Taki Record Store Day, to jak imieniny sklepu. Tego dnia kompani się "skrzykują" i walą jak w dym. Wszyscy jednym chórem: hello brachu, dawaj, poleć jakąś fajną muzyczkę!. Na tym to polega. Zarówno to, jak też kumpelstwo. Tak myślę. Przepraszam, jeśli się mylę. Być może upłynęło tyle czasu, że coś się pozmieniało, a ja nie w temacie. Uważam, że w Record Store Day nie trzeba dusić centusia na najlepszą płytę tego świata. Czy zawsze wszystko musi się tylko i wyłącznie kalkulować? Wystarczy tylko w trzecią sobotę kwietnia każdego roku wykazać szacun bliskiej osobie, która wciąż wierzy w prawdziwe płyty, dostrzec jej pasję, poświęcenie, za które przez pozostałe trzysta sześćdziesiąt cztery dni roku żadnych kokosów nie ma. Ale może faktycznie w tej naszej ludowej pazerności i małostkowości, jeszcze długo nie dobijemy do Ameryki, Niemiec lub Szwecji. Nam wiecznie wszystko musi się kalkulować. Nawet poza zasady kumpelskiej przyzwoitości i posiadania jakiejś klasy. Klasy, z którą się rodzimy, albowiem takich cech nie zaszczepiają w szkołach. Na Allegro lub discogs.com także.




Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



w dzisiejsze południe
także dzisiejszym południem
A to już z wczoraj. Wszystkie poniższe także...

piątek, 20 kwietnia 2018

proroctwo

Nie macie tak Drodzy Państwo, że słuchacie lubianej płyty, i właśnie ma nadejść wasz ulubiony fragment, a tu jak na złość zadzwoni telefon, bądź akurat wejdzie do pokoju małżonka, z zapytaniem: "kochanie, czy zjesz może truskaweczki?". No jasne, zjem, tylko cholerka cała suita ponownie od początku. I oby tym razem ukochany fragment z piętnastej minuty lubianego tasiemca udało się należycie przeżyć. A przecież bliska osoba mniej zirytuje, niż wystające pod oknem dwie kościołówki, które prześcigają się w zdrowotnych dolegliwościach, albo lokator z sąsiedniej bramy, któremu przez kwadrans nie chce odpalić na pół żywe Seicento.
Powyższe sytuacje nie należą do codzienności, jednak raz po raz mogą się przydarzyć. Jak choćby dzisiaj, w moim konkretnym przypadku. Otóż, naszła mnie ochota na mój ulubiony fragment z płyty "Come Taste The Band", utwór "You Keep On Moving". Niniejsza kompozycja zamyka wspomnianą, a wydaną w 1975 roku płytę grupy Deep Purple. Jedyną z Tommym Bolinem w roli gitarzysty i zarazem ostatnią przed długą 9-letnią przerwą, którą dopiero przyćmi bestsellerowe "Perfect Strangers".
"Come Taste The Band" nie należy do ulubionych dzieł fanów Głębokiej Purpury, do moich zresztą także, a jednak lubię raz na jakiś czas machnąć ją sobie od deski do deski. Jednak prawdziwą kulminacją przyjemności, od zawsze bywa wspomniane już "You Keep On Moving". Jedno z nielicznych nagrań wyśpiewane przez Glenna Hughesa, za które daję się pokroić. Słucham więc przed południem płyty od słusznego początku, i tak w okolicach "I Need Love" (końcówka pierwszej części albumu), nachodzi mnie prorocze: kurcze, na bank ktoś mi zaraz przetnie idylli nić. I co?, pierwsze takty "You Keep On Moving", zaczynam więc asystować swym wyciem Hughesowi, a tu wchodzi jakiś pamper i ma problem. Taki na piętnaście sekund, lecz wszystko szlag trafił. Zabawę rozpoczynamy od początku. Tylko moje nastawienie już też jakby nieco inne. I niech mi tylko ktoś powie, że nie mam skłonności do jasnowidztwa. Mógłbym stanąć ramię w ramię z Jackowskim, który tak po prawdzie nieźle przesiaduje w kieszeniach naiwniaków, a jedyne co tak naprawdę potrafi przepowiedzieć, to to, że po kwietniu nastanie maj.





Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






czwartek, 19 kwietnia 2018

SVARTANATT - "Starry Eagle Eye" - (2018) -







SVARTANATT
"Starry Eagle Eye"
(THE SIGN RECORDS)

****3/4





Gdy w październiku 2016 roku, w drodze do Berlina na koncert Okta Logue, zapoznawałem się u kolegi w aucie z próbkami nagrań Szwedów, nie myślałem, że wkrótce na ich punkcie dostanę totalnego bzika. Niedługo później zdobyłem ich dopiero co wydane debiutanckie CD, a za sprawą utworów "Demon" oraz "Thunderbirds Whispering Wind", nabrałem upragnionego wiatru w żagle. Niestety nie udało mi się grupy wypromować, jak to na świecie uczyniono z wieloma nieporównywalnie mniej interesującymi, często przereklamowanymi formacjami, których twórczość rozbija się o podobne wzorce. Ale przecież nikt nie obiecywał, że będzie lekko.
Właśnie niedawno dotarła do mnie ich najnowsza propozycja "Starry Eagle Eye". Miało być CD (bowiem debiutancki kompakt zrealizowano perfekt), lecz niestety musiałem przystanąć na głucho nagranym winylu. Ach, te współczesne tłoczenia. Im bardziej zapewniają o "heavyweight" i "super sound", tym mniej na nich dynamiki.
Dla przypomnienia, Svartanatt tworzy pięciu nieźle zarośniętych facetów, którzy wyglądem przypominają wczesnego Geezera Butlera, a i muzycznie nieodlegle im do Black Sabbath, choć najbliżej do organowo-gitarowych bandów, typu: Deep Purple, Uriah Heep, Nektar, Atomic Rooster, Jody Grind, Indian Summer, i tym podobnych. Czas stanął w miejscu - takiemu wrażeniu ulegnie chyba każdy. Ta nad wyraz przyjemna archeo-twórczość, znajduje obecnie nawet wielu sprzymierzeńców wśród przedstawicieli młodszego jak i starszego pokolenia. A ja wierzę, że z każdą nutą będzie jeszcze lepiej. Śmiem nawet twierdzić, że gdyby ekipa Janiego Lehtinena zrodziła się w okolicach 1970 roku, obecnie na wielu t-shirtach ich logo noszono by z taką samą dumą, co koszulki Deep Purple, i tym podobnych kultowych ekip.
Nastawmy więc płytę... Od początkowego "The Children Of Revival" wiadomo, że słuchamy Svartanatt. To dopiero ich drugi album, a jakby już co najmniej piąty lub siódmy. Styl także od razu rozpoznawalny. Może dlatego, że nikt od dawna nie ośmielił się podobnie zagrać?
Muzyka Szwedów okazuje się niczym zapamiętany pierwszy namiętny pocałunek, który mógłby się nigdy nie skończyć. Grupa szybko wyrobiła własną markę, a przecież tak ewidentnie bazuje na dokonaniach przedstawicieli hard/prog-rocka przełomu 60/70's. Zresztą, ekipa śpiewającego gitarzysty Janiego Lehtinena, chyba tylko przez pomyłkę naszego Stwórcy nie została poczęta czterdzieści pięć lat wcześniej.
"The Children Of Revival" apetycznie zatem otwiera album, jednak w dalszym jego toku jeszcze sporo się wydarzy. I nawet nie zdążyłem nabrać powietrza w płuca, a tu błyskawicznie nadszedł "Wrong Side Of Town". Kawałek z prostym trybem i czytelną melodią, a jednak w ostatniej minucie, na chwilę wyłoniła się "ta" wyjątkowo oczekiwana gitara. Już w swojej niedługiej sekwencji podpowie nam, czego w większej dawce możemy spodziewać się niebawem. I oto nadchodzi pierwszy taki moment, wobec którego nikt z nas nie pozostanie obojętnym. Serce pierwszej części płyty podsuwa odpowiedź na przebój "Demon" - z genialnego debiutu, tutaj reprezentowanego przez tytułowe "Starry Eagle Eye". Podobna rytmika, a nawet melodia, lecz z czasem "piosenka" płynnie przechodzi w blisko dwie minuty instrumentalnego szaleństwa. Czysty obłęd. Nie sposób ubrać słowami, co tutaj się dzieje. Dobrze więc, że po takim cudzie, a za sprawą 3,5-minutowego "Duffer", nadchodzi chwila normalności. To bodaj najmocniejszy fragment albumu. W porywach gitara i organy tną jak osy. Utwór posiada podział: zwrotka/refren, jednak trudno te elementy jednoznacznie wyeksponować. Być może za sprawą pewnego bałaganu, jaki tu panuje. Potraktujmy jednak tę kompozycję jako przerywnik przed kolejnym majstersztykiem, jakim na pół wampiryczny "Wolf Blues". Nie sięga on co prawda nawet ramion najlepszego w dziejach grupy "Thunderbirds Whispering Wind", ale pełnego majestatu też mu nie zabrakło. Przez ostatnie dwie minuty grupa gra jak natchniona. I dla takich chwil naprawdę warto żyć. Wilczego Bluesa bez namysłu możemy od teraz wpisać na listę utworów wieczystych.
Przerzucamy się na stronę B, a tam powita nas "Hit Him Down". Czadowy kawałek, z wyczuwalną nutką nostalgii. Wokalista śpiewa z jakimś trudnym do opisania utęsknieniem, a to, co w drugiej części uczyni gitara (podparta Hammondami), buduje serce każdego wielbiciela anachronicznego rocka. Wiem, że nudne zaczynają być te moje zachwyto-rekomendacje, lecz za sprawą "Hit Him Down" ponownie stąpamy po pełnej przepychu komnacie.
Kolejnym fragmentem czterominutowy "Universe Of...". Tempo jakby sporo wolniejsze, jednak z kilkoma mocnymi akordami. Żadna z tego balladka, a organiście niewiele brakuje, by rozpłynął się w nutach z końcowej fazy Uriah Heep'owskiego "July Morning". Jednak bywają chwile, gdy Hammondy pełnią tu tylko rolę nieco schowanego w cieniu akompaniamentu, na rzecz uwypuklonych gitar oraz perkusji - ale to też ma swój urok.
Przedostatnim akcentem "The Lonesome Ranger". Kolejny nieco ponad czterominutowiec, o kąśliwej zwrotce, za to z płynnym i chwytliwym refrenem. Na przebój mu walorów zabraknie, ale fani grupy i tak go pokochają.
Na finał, zbudowany na bazie r'n'rolla, solidny hard rock "Black Heart". Czyżby tytuł zechciał nawiązać do nazwy zespołu? Wszak Svartanatt, to nic innego, jak "czarna noc" - vide Purple'owski "Black Night", czyli jeden z faworytów naszych bohaterów. Bywają w "Black Heart" momenty, że nie usłyszysz bracie własnych myśli. Wszech szalejące Hammondy, postrzępiony wokal i niemiłosiernie tnące gitary - oto, co tutaj czai się na nas. Końcówka nagrania, to już dwieście pięćdziesiąt na godzinę. Szał, dzicz, eksplozja.
Podoba mi się ten album z całym jego inwentarzem, choć skrobnę mu jedną czwartą gwiazdki na rzecz muzealnie czarującego debiutu.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





środa, 18 kwietnia 2018

CHRIS BAY - "Chasing The Sun" - (2018) -







CHRIS BAY
"Chasing The Sun"
(STEAMHAMMER)

****




Tę płytę powinno się posłać na Eurowizję. I niech Niemcy poważnie nad tym pomyślą. Tak poważnie, jak na "Chasing The Sun" bywa radośnie i melodyjnie.
Chris Bay, który na co dzień jest wokalistą metalowych Freedom Call, skomponował i nagrał solo debiut jakże odmienny, a jednocześnie niegubiący korzeni. Pełna zgoda, "Chasing The Sun" jest płytą popową, której tylko przygrywa rockowa sekcja, jednak czy to grzech? Słucha się tego świetnie, choć nie od początku byłem o tym przekonany. Im bardziej w las, tym silniej czułem zaniepokojenie. Bo tylko otwierający numer "Flying Hearts" okazał się tym, czego tak naprawdę się spodziewałem. Był on jakby nieśmiałym nawiązaniem do arcy-melodyjnego hymnu "Metal Is For Everyone", który z dumą otwierał wydany przed półtora roku kapitalny album "Master Of Light". Siłą rozpędu wszcząłem więc poszukiwania ballady na miarę "Cradle Of Angels". Wszak była ona ozdobą wspomnianego przed chwilą albumu, jednak przede wszystkim stała w czubie najlepszych piosenek 2016 roku. Niestety, nic nie zdarza się dwa razy. W zamian musiałem zadowolić się troszkę mniej wykwintną "Love Will Never Die", niemniej i te blisko cztery minuty na swój sposób ucieszyły. Do głosu zaś doszedł cały potok klawiszowo-elektroniczno-gitarowych, i zazwyczaj utrzymanych w żywszych tempach piosenek (wyjątkiem, obok "Love Will Never Die", jeszcze "Where Waters Flow To Heaven"), których za nic nie idzie się pozbyć. Po kilku dniach złapałem się na nuceniu jednej, drugiej czy trzeciej melodii, i jest mi z tym równie dobrze, jak z łapaniem wiosennych promieni upragnionego słońca.
Chyba nie uczynię krzywdy Bay'owi, iż ośmieliłem się nazwać jego pozytywną twórczość eurowizyjną. Inna sprawa, że świat by kulturowo nie zubożał, gdyby na czele pochodu przez moment powiewał sztandar zwycięstwa nad czeluścią. Dlaczego utarło się, że do miana dzieł mogą pretendować jedynie smutne, bądź pełne buntu pieśni? Akurat ja wcale nie trzymam się poręczy zasady, że dobry poeta, to smutny poeta.
Gorąco polecam pierwszą część "Chasing The Sun". Pierwszych sześć piosenek wziętych od albumowej rozbiegówki, po prostu kładzie na łopatki. "Flying Hearts" oraz przyprawiona na folkową nutę "Light My Fire", powinny wywiać wszelkie uzbierane za sprawą zimy frustracje, podobnie uczynią singlowe "Radio Starlight" oraz "Hollywood Dancer", natomiast "Move On" nie pojmuję, dlaczego jeszcze nie spogląda na nas z wierzchołków przebojowych list. Jednocześnie proszę nie przegapić "Silent Cry" - z uroczymi zaśpiewami: "turu turu turu", w wydaniu nieznanej mi do tej pory Sonji Höllering.
Obawiam się jedynie konserwatywnych wielbicieli Freedom Call, którzy po frywolnych piosenkach, typu: "Keep Waiting" lub "Bad Boyz", zechcą tropem filmu "Rejs" przenieść Artystę-śpiewaka do sekcji gimnastycznej, by ten nie trwał w samotności, a w kolektywie, i by w ostatecznym rozrachunku zaniechał śpiewania.
Nie zważając na nic, posłuchajcie tej płyty i używajcie wiosny pełnymi garściami.





Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




wtorek, 17 kwietnia 2018

przed sobotnim Record Store Day'em

Gdy przed mniej więcej dekadą Chris Brown powoływał do życia ideę związaną z Record Store Day, miał on na celu zainteresowanie płytowych szaleńców małymi niesieciowymi sklepikami. Tym samym do roli przykładu z początku postawił pewien niszowy sklep, który jako dobry wzór szybko rozsiał "zarazę". Wkrótce do niego dołączyło wiele innych, by po trzech/czterech latach opanować serca całego świata. Dzięki temu, tego jednego dnia, tj. w każdą trzecią sobotę kwietnia, nie istniały sklepy wielkopowierzchniowe, żadne bazary, giełdy czy kiermasze. Bowiem tego jednego jedynego dnia należało wspomóc cegiełką prawdziwych pasjonatów, a raczej szaleńców, którzy przez cały rok działają na uboczu, gdzieś tam w cieniu, a przecież pasją i posiadaną znajomością tematu mogliby wprowadzić w zakłopotanie niejednego korporacyjnego ważniaka. Przy czym należy dodać, że owe święto tyczyć miało autentycznych pasjonatów-sprzedawców, nie jakiś tam okazjonalnych cwaniaków, którzy jedynie wiedzą, gdzie kupić za jedno euro, góra dwa, po czym z barwnym opisem, z gatunku: "1st press", opchnąć za równowartość euro dwudziestu. Z czasem okazało się, że Record Store Day dotarł też do piekarń czy sklepów rybnych, bo przecież co przeszkadza tego dnia postawić obok bułek dwa kartony winyli, podrzuconych przez zaprzyjaźnionych wszędobylskich handlarzy. Niestety w Polsce do komercjalizacji tego z założenia pięknego święta, także w dużym stopniu przyczynili się sami właściciele małych
muzycznych sklepików. Wielu z nich corocznie organizuje masowe, niemal plenerowe targowiska, tym samym zamykając na wszystkie spusty swoje lokale. Siłą rozpędu, do owych inicjatorów plenerowych giełd dołącza też niemała grupa pijawek, czyli niby kolekcjonerów, a tak naprawdę zwykłych handlarzy, którzy wabią naiwniaków ofertami, z gatunku: "płyty po złotówce", by w ostateczności po obiecanej zecie wystawić góra dwa kartony, i to totalnego szajsu, zazwyczaj upchniętego gdzieś pod stołem, a tak naprawdę otoczyć się płytami niejednokrotnie sporo droższymi niż w stacjonarnych sklepach. Lecz to działa. Przecież nauczeni jesteśmy, a raczej gdzieś tam z tyłu głowy nosimy zakodowane, że w sklepach na pewno drożej, a na straganie pod chmurką łapiemy same okazje. A tam właśnie zaczyna się prawdziwe dojenie portfeli. Wystarczy przy tym nieco wcześniej dobrze opisać wydarzenie na Facebooku, trzasnąć kilka zachęcających fotek na Instagramie, i gotowe.
Dobrą metodą jest wystawianie towaru bez wyeksponowanych cen. Tłumy walą, przeglądają w nadziei, a w mózgu przecież zakodowane, że od złotówki wzwyż, więc najdroższa też chyba szczególnie nie zaboli. Zaczyna się wyciąganie z kartonów Doorsów, Zeppelinów, Hendrixa lub Davisa, no i dopiero przy kasie ścierpnie skórka: za Doorsów stówka z okładem, bo to first press, Zeppelini dwie stówki, gdyż to total rare, no i tak dalej, tak dalej... Z zawstydzoną miną musimy tych piętnaście longów spod pachy odłożyć na swoje miejsce, lecz jednak głupio wyjść z pustymi rękoma, więc już się szarpnę na którąś z tych najtańszych z upragnionej piętnastki. I zazwyczaj opuszczamy miejsce z płytą, którą da się bez problemu kupić dużo niżej.
Lubimy takie zachęty, a spirala się nakręca. Wystarczy, że ktoś ze znajomych na Facebooku zarzuci: "idę", a zaraz inny się dopisze: "ja także", no i tak ziarnko do ziarnka..., a gdy już wszyscy połkniemy przynętę, to na miejscu głupio czegoś nie zakupić. I tak, płyta, którą ostatecznie kupimy za stówę (no bo przecież, jak to z pustymi rękoma do domu), bez problemu w marginalizowanym sklepiku trafimy o dwadzieścia/trzydzieści procent taniej. Że nie wspomnę o możliwości w nim posłuchania, pogawędki ze sprzedawcą, który zazwyczaj ma czas, zamiast - jak to na bazarach - gwarowego: dalej dalej, kto następny?
Komercjalizacja Record Store Day szybko swą pazernością dopadła także niemal wszystkie wytwórnie płytowe, które przestały zwracać uwagę, by specjalnie na tę okazję przygotowywany towar trafiał do właściwych rąk - czytaj: do właścicieli owych sklepików. Handel rozrósł się na szeroką skalę i trzyma zasady: kto pierwszy, ten lepszy. Byle tylko dużo i szybko upchnąć. Trudno zresztą się dziwić, gdy producenci dostrzegają łapczywość kolekcjonerów na przecudaczne smaczki. Co stoi na przeszkodzie dorzucić do kompletu absurdalne ceny, typu: czterdzieści/pięćdziesiąt złotych za winylowego singla lub równie przykrótkawego maksisingla. Doszło do tego, że zamiast sklepikom dać się wykazać i zarazem nacieszyć zjawiskowością tego dnia, a i też raz w roku pozwolić, by wyszli na swoje, to tradycyjnie nadal prawdziwe pieniądze łoją panowie z pełnych przepychu gabinetów, maluczkim pozostawiając jedynie ochłapy.
Dochodzimy więc do miejsca, w którym wszystko jeszcze raz powinno się rozpocząć na nowo. Jednak na horyzoncie nie widać kolejnego Chrisa Browna, a rozbujana machina też już nie do zatrzymania.





Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






poniedziałek, 16 kwietnia 2018

spoko zgred

Tajemnicze zniknięcie z ofert niektórych sklepów kompaktowej wersji Svartanatt "Starry Eagle Eye" wcale - jak się okazało - nie musiało oznaczać, że wytwórnia zrezygnowała z wydania tego tytułu na schyłkowej srebrzystej płytce. A ja tak właśnie pomyślałem. Wczoraj Słuchacz Przemek pochwalił się, że jednak załapał się na CD, choć również - podobnie jak ja -  musiał się naczekać. Niestety nie miałem cierpliwości przeglądania wszystkich ofert, przez co płytę zamówiłem w innym sklepie, w którym przez moment oferowano CD, jednak w ostateczności nie miałem szczęścia się na niego załapać.
Przystałem więc na wersję winylową, która ostatecznie mocno rozczarowuje. Nie tylko kiepskim dźwiękiem, a przede wszystkim fakturą powierzchni nośnika, która jasno sugeruje, że już ktoś był przede mną. Jakieś paluchy, ławica kurzu, a i wewnętrzna koperta w dwóch miejscach dotkliwie przetarta. Najwidoczniej przejściowy poprzedni właściciel nie wkładał i nie wyciągał płyty z uczuciem. Trochę nie fair, gdyż płyta miała być nowa. Taką zamówiłem i za taką przecież zapłaciłem. Oczywiście cały ten incydent nie przeszkadza mi w słuchaniu muzyki, a tym samym pragnę zapewnić, iż nie jestem żadną męczyduszą i niczego reklamować nie zamierzam. Tylko zwracam uwagę na nielojalność dystrybutora, co i tak dziwić nie powinno w tym dzisiejszym zabałaganionym świecie, często wyzbytym dawnych form przyzwoitości. Nawet słówka nie pisnąłem synusiowi Tomkowi, który pośredniczył w całej tej transakcji. Młodzieńca zapewniłem, iż wszystko jest cudownie, tym samym nie burząc u niego ciężko wypracowanej pozycji niekonfliktowego zgreda. 






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"




"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 15 kwietnia 2018 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań






"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 15 kwietnia 2018 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski






MAGNUM - "Wings Of Heaven" - (1988) - tym nagraniem zakończyli Magnum w Bydgoszczy podstawowy set
- Don't Wake The Lion (Too Old To Die Young)

MAGNUM - "Vigilante" - (1986) - mój ulubiony fragment "Vigilante", który przed tygodniem był do posłuchania w bydgoskiej Kuźni
- When The World Comes Down
- Vigilante

REDS'COOL - "Press Hard" - (2015) - Rosjanie z Sankt Petersburga stanowili za dzielnych rozgrzewaczy Magnum.
- Dangerous One
- My Way

BULLET - "Dust To Gold" - (2018) - połechtajcie tą muzyką wszystkich namolnych remontowiczów, gdy tylko ci postanowią sobie odpocząć od siania Wam udręk
- Fuel The Fire

MICHAEL SCHENKER FEST - "Resurrection" - (2018) - dawno Schenker nie stworzył czegoś równie udanego
- Time Knows When It's Time - {śpiew ROBIN McAULEY}

CHRIS BAY - "Chasing The Sun" - (2018) - jakże pozytywna, niemal wiosenna muzyka, w wydaniu z krwi i kości metalurgicznej wokalnej siły Freedom Call
- Radio Starlight

WET - "Earthrage" - (2018) - tym razem ekipa Jeffa Scotta Soto z pisownią "WET", zamiast dotychczasowej "W.E.T."
- Watch The Fire
- Kings Of Thunder Road
- Elegantly Wasted
- The Burning Pain Of Love

SVARTANATT - "Starry Eagle Eye" - (2018) - druga płyta Szwedów debiutu nie przebija, ale to i tak poziom dla wielu niedostępny
- The Children Of Revival
- Wrong Side Of Town
- Starry Eagle Eye
- Wolf Blues

KIM WILDE - "Here Come The Aliens" - (2018) - nowy album Brytyjki zawiera tylko cztery udane piosenki, za to stał się przyczynkiem dla przypomnienia klasycznej "Select" - patrz poniżej
- Pop Don't Stop

KIM WILDE - "Select" - (1982) - arcydzieło epoki new romantic, które po latach broni się bardziej, niż większość wielbionych wówczas dzieł OMD, Human League czy Depeche Mode
- Words Fell Down
- Just A Feeling
- Chaos At The Airport
- Take Me Tonight
- Cambodia + Reprise

JON & VANGELIS - "The Friends Of Mr. Cairo" - (1981) - ówczesna nowoczesność, która z nostalgią zabrała odbiorcę do kina epoki Humphreya Bogarta
- The Friends Of Mr. Cairo

PINK FLOYD - "The Piper At The Gates Of Dawn" - (1967) - psychodeliczny debiut Floydów, jakże odmienny od wszystkiego co później
- Lucifer Sam

RADIO MOSCOW - "New Beginnings" - (2017) - amerykańscy przedstawiciele młodej generacji zespołów rozkochanych w dawnym heavy rocku, z wpływami psychodelii i bluesa
- New Beginning
- Deceiver

BIGELF - "Hex" - (2003) - szczególnie dobry drugi album Kalifornijczyków, który to zespół stanowi za ciekawą wypadkową psychodelicznych Pink Floyd, schyłkowych Beatlesów oraz niekiedy najwcześniejszych Black Sabbath
- Disappear
- Sunshine Suicide

ASTRA - "The Weirding" - (2009) - ponownie Kalifornia, i rewelacyjny debiut prog-psychodelików młodszego pokolenia, którzy brzmią jak sprzed pół wieku. Ich astrofizyczny rock umiejętnie czerpie najlepsze wzorce od Hawkwind, Eloy czy Pink Floyd
- The Weirding

ALICE COOPER - "The Sound Of A" - (2018) - EPka wydana z okazji 70-urodzin Pana Alicji. Poniższy numer też jakby psychodeliczno-kosmiczny
- The Sound Of A






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





niedziela, 15 kwietnia 2018

z wiosenną wizytą na Golęcinie

Niby mam pod nosem, a jednak dawno nie odwiedzałem Lasku Golęcińskiego. Zapragnęliśmy właśnie dzisiaj, wraz z Żonką i naszą sunią Zuleczką, poszukać wiosny z dala od otaczającego nas blokowiska. I choć nie tylko my wpadliśmy na taki pomysł, warto było. Szkoda jedynie, że czasy świetności golęcińskiego lasku dawno minęły. Jedna wielka nieuporządkowana dzicz. Większość asfaltowych alejek wręcz przyprawia o prawdziwy dreszczyk emocji. Nie przeszkadza to jednak rowerzystom, ludziom z pieskami, a nawet całym rodzinom w nabieraniu powietrza w płuca i rozkoszowaniem się ptasim śpiewem.
Sympatyczny stadion dawnej piłkarskiej Olimpii też jakoś funkcjonuje, a jakże. Właśnie Kozły toczyły bój z Patriotami w futbolu amerykańskim, a pośród kibiców dojrzałem także pewną grupę cheerleaderek.
Najpiękniejsza pora roku ma się dobrze, a lody z polewą truskawkową w McDonaldzie, co prawda nie mają szans w konfrontacji z Cassate'ami, jednak świetnie korespondują z krótkim rękawkiem.
Czekałem niecierpliwie na tę wiosnę, i oto jest, prawdziwa, piękna, taka, jaką sobie wymarzyłem.
Z innej beczki... Przedwczoraj zmarł Miloš Forman - wybitny czeski filmowiec reżyser, który od czasu, gdy Polska i kilka innych krajów Układu Warszawskiego wdarła się w "porządki" do Czechosłowacji, zamieszkał w USA. Tam stworzył przynajmniej kilka kinowych arcydzieł, które również u nas noszą się mianem kultowych, jak: "Lot nad kukułczym gniazdem", "Hair" oraz mój absolutny faworyt "Amadeusz". Obejrzałem go przynajmniej tuzin razy, i chyba za chwilę uczynię to ponownie.
Tom Hulce w roli Mozarta przekonujący, jednak Fahrid Murray Abraham jako zawistny i nieudaczny kompozytor Antonio Salieri, genialny. Film z gatunku lekkich i dla każdego, pomimo tego niosący wiele wartości. Obraz Formana stanowi za doskonałą kwintesencję osobowości jednego z najwybitniejszych kompozytorów epoki klasycyzmu.
Mozart znany był z lekkiego kompozytorskiego pióra, dzięki czemu potrafił komponować niemal na kolanie. Obraz Formana także to dobitnie podkreśla. A wydane w 1984 oraz 1985 roku oficjalne ścieżki dźwiękowe do filmu "Amadeusz" zdają się geniusz Austriaka potwierdzić. Znajdziemy tam tematy m.in. z "Czarodziejskiego Fletu", "Wesela Figara", "Don Giovanniego", aż po kresowe "Requiem". Obok muzyki Mozarta, soundtracki oferują w pigułce również sylwetki Giuseppe Giordaniego, a także wspomnianego już Antonio Salieriego. Jednymi słowy: trzeba posłuchać, trzeba obejrzeć.
Dzisiaj o 22-giej kolejne nasze spotkanie. Po mojej ubiegłotygodniowej absencji, dzisiaj pojawię się z wypchaną torbą najlepszą muzyką. Koncert Magnum wzmocnił mnie należycie, wiosna sprzyja równie radośnie, tak więc nie pozostaje mi nic innego, tylko utrzymać dobre tempo.
Acha, Warta na wyjeździe wygrała z GKS-em Jastrzębie dwa do zera i jest już na drugim miejscu w tabeli. Warta Warta Warta, duma Poznania !
Nastawcie Drodzy Państwo odbiorniki na 98,6 FM Poznań lub afera.com.pl.  Zapraszam, do usłyszenia !






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"


parking przy stadionie, a na dalszym planie ośrodek Olimpii wraz z hotelem
kadr z odbywającego się meczu
niestety, takiej nawierzchni nie brakuje w asfaltowych alejkach
nic się od lat 70-tych nie zmieniło na bocznej stadionowej ścianie
tuż za kładką w kierunku Rusałki
"przystadionowe" torowisko, trasa Poznań - Kołobrzeg
stawek Golęciński na swoim miejscu, tylko jeszcze bardziej zapomniany
polana, na której w młodości rozgrywaliśmy z chłopakami "bardzo ważne" mecze...
tyle, że nie było takich bramek, a dwa kopce z tornistrów
droga na stadion od strony dawnej autobusowej pętli linii 64
forsycje z mojego osiedla
na tyłach podstawówki też czarująco