piątek, 19 stycznia 2018

TEN YEARS AFTER - "A Sting In The Tale" - (2017) -









TEN YEARS AFTER
"A Sting In The Tale"
(TEN YEARS AFTER self release)

***





Troszkę żałowałem, gdy grupę opuszczał charyzmatyczny basista Leo Lyons. Nie tylko sprawny muzyk, ceniony producent, ale też prawdziwe sceniczne zwierzę. Pod wątpliwość nasuwało to zarazem sens dalszego funkcjonowania Ten Years After, tym bardziej, że od dawna brakowało w składzie również najszybszego niegdyś - m.in. za sprawą szaleńczego "I'm Going Home" - gitarzysty świata, Alvina Lee. Inna sprawa, że ten zmarły przed kilkoma laty Muzyk, od dawna nie współtworzył już z odstawionymi na bocznicę kolegami. W miejsce wspomnianego Lyonsa, z biegu wszedł legendarny Colin Hodgkinson - ostoja wczesnych Whitesnake, ale też współpracownik Alexisa Kornera, tak więc...
Do niedawna wypełniający misję Alvina Lee, wokalista i gitarzysta Joe Gooch, choć poprawnie czynił swą powinność, to jednak za jego kadencji z najlepszego Ten Years After nie pozostało za wiele. Dobrze więc, iż w jego miejsce w 2014 roku wskoczył (także szerzej dotąd nieznany) pełen zapału - na pół Włoch, pół Anglik - Marcus Bonfanti. Oprócz śpiewu i gry na gitarze, sprawdza się również jako niezły harmonijkarz, a wyglądem nasuwa przywiązanie do epoki Dzieci Kwiatów, z której to grupa się przecież wywodzi. Bardziej dociekliwi powinni nawet Bonafantiego posłuchać w trzech kompozycjach (w tytułowym "Magnetized", "You Belong To You" oraz balladzie "Ghost Of Love") na ostatnim dotąd dziele popowych i niegdyś potężnie popularnych Johnny Hates Jazz. Ich płyta "Magnetized", co prawda do polskiej dystrybucji od czterech lat się nie wdarła, jednak jako jej sympatyk, słowem zaręczam.
Ten Years After na "A Sting In The Tale" niczym nas nie zaskoczą. Nie porwą dawnymi gitarowymi galopadami, nie zagrają też ponad seniorskie możliwości, ale że wciąż wiele potrafią, udowodnił nie tylko niedawny poznański koncert, poniższa płyta także.
Zespół nie próbuje mierzyć się z nadprodukcją, a w tekstach otumaniać werteryzmem, lecz twardo stąpa po ziemi. Tym samym serwuje szeroko zakrojonego blues rocka, jak przystało na muzyków, którzy wiedzą do czego służy gitara, bas, organy oraz perkusja. I choć nie znalazłem tutaj kuzynów "I'm Going Home", "Love Like A Man" czy "Hear Me Calling", to z radością wpadłem w decybelowe objęcia: "Land Of The Vandals", "Suranne Suranne", "Two Lost Souls", "Last Night Of The Bottle" czy "Silverspoon Lady". Na tej urozmaiconej płycie, chyba każdy znajdzie coś dla siebie. Bo i dostojnego powolnego bluesa "Up In Smoke", balladę "Stoned Alone", również na pół walec/pół grom "Iron Horse", bądź przyprawiony szlachetnymi Hammondami "Retired Hurt".
Bonfanti rozruszał Ten Years After, nie tylko jako muzykant, ale też albumowy producent, zarazem stając się w całej tej machinie ważnym trybem.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






środa, 17 stycznia 2018

YES - "Topographic Drama - Live Across America" - (2017) -








YES
"Topographic Drama - Live Across America"
(RHINO RECORDS)

**





Od kilku ostatnich lat panowie z Yes konsekwentnie reanimują podczas koncertów swe klasyczne dzieła lat siedemdziesiątych. Do tej pory na płytach opublikowali rejestracje występów z brytyjskiego Bristolu - pełne wersje albumów "Going For The One" i "The Yes Album", a także z arizońskiej Mesy, gdzie zaprezentowali w całości "Close To The Edge" oraz "Fragile". Na tym jednak nie koniec. Pomimo niedawnej śmierci zespołowego filaru - w osobie basisty Chrisa Squire'a - grupa nie straciła impetu, szybko w jego miejsce wstawiając pamiętnego z dwóch Yes'owskich płyt: beznadziejnej "Open Your Eyes" oraz znacznie ciekawszej "The Ladder", także śpiewającego basistę Billy'ego Sherwooda. Machina więc działa bez zadyszki, i nic to, że w jej składzie z prawdziwego Yes ostali się już tylko gitarzysta Steve Howe oraz perkusista Alan White. Można by jeszcze pochylić się nad klawiszowcem Geoffreyem Downesem - znanym przede wszystkim z Anderson'owskiej "Dramy" i wzmożonej aktywności lat ostatnich, lecz jego postać chyba na zawsze wpisała się jednak w zasługi Asii.
Yes ambitnie i nieco pospiesznie realizują się ostatnio pod szyldem starego zespołowego logo Rogera Deana, zupełnie jakby się bali wkrótce je utracić na rzecz obozu Jona Andersona, Ricka Wakemana oraz Trevora Rabina. Być może w oczy zajrzał strach, szczególnie po niedawno uzyskanych prawach powyższej trójki do poruszania się nazwą Yes, choć na razie jeszcze bez możliwości przyswojenia oryginalnego logotypu.
Tytuł najnowszego wydawnictwa "Topographic Drama - Live Across America" wiele wyjaśnia. Po pierwsze, otrzymujemy nagrania z różnych miejsc Stanów Zjednoczonych z lutego 2017 roku, po drugie: tym razem do głosu doszły albumy "Drama" (z bardzo popularnym u nas utworem "Into The Lens") oraz "Tales From Topographic Oceans". Z tym, że o ile "Dramę" zaprezentowano w pełnej okazałości, o tyle z Topograficznych Oceanów pojawiają się jedynie dwie z czterech suit, tj: "The Revealing Science Of God" oraz "Ritual", plus element z suitowej topograficznej układanki "The Ancient", w postaci "Leaves Of Green". Aby nie było zbyt krótko, oba kompakty wzbogacono o zagrane podczas tej samej trasy najstarsze i zarazem szczególnie lubiane przez zespołowych sympatyków kompozycje: "And You And I", "Heart Of The Sunrise", "Roundabout" oraz "Starship Trooper".
Można nawet docenić pomysł prezentowania dawnych albumów na żywo, jednak nie bardzo przychylam się do napinającego głosowe struny Jona Davisona - w przeszłości stojącego na czele karykaturalnie podszywającej się pod Yes formacji Glass Hammer. Muzyk przesadnie stara się wcielić w drugiego Jona Andersona, pręży więc Amerykanin muskuły, podczas gdy ten jego falsecik wypłowiały jakiś. O ile poprzedni wokalista Benoit David  (znany z LP "Far From Here") miał w a'la Andersonowskim naśladownictwie sporo wdzięku, o tyle Jon Davison nasuwa skojarzenia z szefem prowincjonalnego kościelnego chóru zbitego z parafialnych gospodyń i ich panoczków. Słucha się tego okropnie, choć przyznaję, że w samej warstwie muzycznej, trudno się do czegokolwiek przyczepić. Sądzę ponadto, iż każdy sympatyk tego zasłużonego dla prog/rocka zespołu, i tak będzie sięgać po pierwowzory - niepodważalne i najpiękniejsze.
Gdyby nie barwna charakterystyczna gitarowa gra Steve'a Howe'a, pozostałą piątkę muzykantów należałoby umieścić w dziale: kolejny Yes tribute band. Czekam zatem niecierpliwie za przejęciem od lat lubianego znaku firmowego "Yes" przez Andersona i spółkę, nawet jeśli z repertuaru znikną takie "And You And I", bądź "Ritual", a w ich miejscu zagoszczą przebojowe "cyferki" lub "wielki generator".







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





poniedziałek, 15 stycznia 2018

nie żyje DOLORES O'RIORDAN (6.IX.1971 - 15.I.2018)

Nie żyje Dolores O'Riordan. Dowiedziałem się w porze kolacyjnej. Miało już dzisiaj nie być takich wieści. W ogóle myślałem, że styczniowy limit wyczerpał się w pierwszych dwóch posylwestrowych tygodniach.
Taka młoda dziewczyna, co się do cholery stało? Oficjalnie nie podano, choć snuje się teorie wokół zaburzeń afektywnych dwubiegunowych, które Artystkę niegdyś dotknęły. Nie interesuje mnie przyczyna, raczej mam żal do tego, co karty tasuje.
Zawsze bywam z Państwem szczery, nie inaczej będzie więc tym razem. Lubię/łem Dolores, choć zaślepionym maniakiem Cranberries nigdy nie byłem. Kiedy grupa zaczynała, ja byłem na etapie Pendragonów, Marillionów i tym podobnych prog/rockowych formacji. Dokopywałem się do przeróżnych dziwactw w obrębie gatunku, nie zawsze dostrzegając walory wielu młodych wówczas atakujących wykonawców, którzy grali po prostu fajnego prostego piosenkowego rocka. Zupełnie przeoczyłem pierwszą płytę Żurawinek, choć dostrzegłem jej wschód oraz prasową przychylność. Pewnego razu znienacka pojawiło się "Zombie" i wszyscy oszaleli. Pójdę dalej, "Zombie", to przecież początki mego radiowania. Wszystkie po medialnym fachu koleżanki, a i także radiowi koledzy, słuchali tej piosenki po kres ludzkich możliwości. Z początku nienawidziłem tego kawałka, a jeszcze bardziej irytowało mnie, tak circa o dekadę młodsze bractwo, które w stosunku do tej piosenki nie miało umiaru. Gdziekolwiek byłem, wszędzie "Zombie" i "Zombie". W knajpie, w radio przy Rocha, czy w konkurencyjnej, lecz też memu sercu bliskiej rozgłośni przy Dożynkowej, do tego w radiowych odbiornikach poznańskich taksówek, którymi wówczas poruszałem się niemal każdego dnia (tak było, sic!), do tego nie było zwyczajnej prywatki, by Dolores nie zaśpiewała "Zombie". A wszystko to chyba specjalnie dla mnie. Miałem dość i jeszcze raz dość. Najlepsze, że gdy wreszcie po kilku latach polubiłem zupełnie bezwiednie tę piosenkę, wszyscy dawniejsi jej entuzjaści słuchali już zupełnie czego innego, a na kolejną emisję "Zombie" reagowali z obrzydzeniem, w rodzaju: oj, wyłącz to, nie mogę już tego słuchać. Dodam jeszcze, iż w epoce szarpnąłem się na cały album "No Need To Argue", który wydał mi się całkiem przyjemny, lecz nie na tyle, by postawić go na półce obok Pendragon, Genesis czy Rush. Cranberries rzucili na mnie klątwę, która w konsekwencji pozwoliła mi niemal kompletnie przejść obojętnie przy kolejnej ich płycie "To The Faithful Departed". Nawet mój radiowy guru Tomek Beksiński docenił twórców "Zombie", podczas gdy ja nadal byłem na nich głuchy, jak pień.
Przełom nastąpił w 1999 roku za sprawą czwartego długograja "Bury The Hatchet". Była to ostatnia prosta skrywanego w sercu Radia Fan, a ja wciąż wierzyłem w jego uratowanie przed szponami łapczywych medialnych hien, które tylko zacierały ręce przed wykupem naszego pasma. Niestety ostatecznie nas/mnie pokonując. Zakochałem się w "Bury The Hatchet", i to na zabój. Słuchałem tej płyty nieprzerwanie. Nawet kilku znajomych wyraziło zaniepokojenie mym entuzjazmem, często kąśliwie doszukując się we mnie słomianych zachwytów, a to z uwagi na towarzyszącą dziełu piękną a'la Pink Floyd'owską albumową okładkę. Fakt, jej autorem Storm Thorgerson, ale nie o szatę sprawa się rozbijała, a o treść. Dolores też przecież zaśpiewała jak nigdy dotąd. Kompletnie odmieniona, niby ten sam głos, lecz jakże inaczej nim władała. Zrobiło się mniej mrocznie, w zamian spora doza entuzjazmu, zupełnie jakby Dolores wiedziała, że mój szczęśliwy nastrój należy podlać odpowiednią lekkością kompozycyjną i na przestrzał śliczną melodyką. Całość zaowocowała piosenkami, które niosły się same. Niemal z lekkością piórka na wietrze, mieniąc się wszystkimi możliwymi barwami. Chwytającymi za serce balladami, jak i arcy-porywającymi kawałkami rockowymi. Powstała płyta doskonała, wręcz genialna! Czternaście piosenek i czternaście nieskazitelnych. Począwszy od utrzymanej w uroczo leniwym średnim tempie "Animal Instinct", gdzie solowa gitara nawet przypominała bas Petera Hooka za czasów "Sub Culture" - a więc wspominanych we wcześniejszym dzisiejszym tekście "Blue Monday" New Order'ów. Po tak królewskim otwarciu ruszyła do boju pełna witalnej energii "Loud And Clear" - ze słyszalnymi dęciakami, których w obsadzie przecież nie było. Jako trzecie, kąśliwe w zwrotce, a zatrzymujące krew w żyłach przy refrenie "Promises". Po prostu czysta eksplozja! Każda melodia genialna, a Dolores najlepsza na świecie. I choć z "Promises" uczyniono światowy przebój, to jeszcze lepsze w tej materii w moim odczuciu na albumowym rewersie "Delilah". O kurcze, prawdziwy czad. Mocne, wręcz charczące gitary, plus Dolores wypluwająca płuca. O melodii nawet nie wspomnę, bo to rzecz z gatunku: raz po razie. Na płycie było też pełne polotu "Desperate Andy", gdzie Dolores nawet jodłowała. Ale "Bury The Hatchet", to też kilka ballad, z absolutną "petardą" na czele, jaką stoi rozpruwająca serce "Fee Fi Fo", ale też do szpiku poruszająca "Shattered". Można by o nich, jak i całej tej płycie, napisać przynajmniej pracę magisterską, zamiast o jakiś silnikach lub innych inżynieryjnych nudziarstwach. Po tej płycie stałem się kopniętym wariatem na punkcie Dolores i jej kompanów, choć wcześniejsze płyty nadal mi niespecjalnie smakowały. Gdy więc dwa lata później zapowiedziano następczynię "Bury...", czekałem niecierpliwie. Tym bardziej, że "Wake Up And Smell The Coffee" zdobiła równie finezyjna okładka - ponownie autorstwa Storma Thorgersona. Niestety, nic nie dzieje się dwa razy. Płyta okazała się ledwie przyzwoita, a tym samym rozczarowała na całej linii. Po tygodniu słuchania postawiłem na półce, pozwalając kurzowi na jej obleganie. I tak spoczywa w bezruchu do teraz.
Wkrótce Cranberries pożegnali się na zawsze, Dolores niedługo potem nagrała dwie zgrabne solowe płyty, by po upływie dekady cały band ogłosił triumfalny powrót. W dniu premiery poleciałem do sklepu po ich nowiuśkie "Roses". Fajna płyta, polubiłem od razu. Może inna, może niedoskonała, może już nie tak młodzieńca, ale fajna. Słuchałem i prezentowałem w Aferze, lecz nikt nie podzielał mego entuzjazmu. Cóż, nie było tam nowego "Zombie", nie było też lekkości caluśkiej "Bury The Hatchet", ale to nadal byli dobrzy Cranberries. I kiedy już myślałem, że znowu się rozpadli, wiosną ub.roku wydali unplugged'ową płytę, której z nieznanych mi powodów, jakoś nie kupiłem. Jeszcze w minionym grudniu, będąc w Saturnie, wziąłem album do ręki, ale jednak po chwili odstawiłem do przydzielonej mu przegródki. Coś nie miałem natchnienia, ni duchowej potrzeby. Teraz pewnie pobiegnę i jednak kupię. Coś czuję, że wówczas nie miałem nosa.
Przykro jest pogodzić się z tak smutną nowiną. Właśnie naciskam "play" przy "Bury The Hatchet", zaczynam słuchać, zaczynam wspominać.... Ach, jak cudownie wciąż brzmi ta płyta. No tak, przecież pięciogwiazdkowy koniak nie miał prawa wywietrzyć.
Dziękuję Ci pięknie Dolores za wszystkie muzyczne skarby tu pozostawione, a teraz brnij do świata lepszego...






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





Blue Monday

Dzisiaj Blue Monday. Każdy trzeci poniedziałek Nowego Roku jest ponoć tym najbardziej depresyjnym, tak wbito do kalendarza, więc nie ma co dyskutować. Następny taki dzień już 21 stycznia 2019 r. Nie mam pojęcia, czy dzisiejszy poniedziałek najsmutniejszy, ale na pewno najzimniejszy. Na szczęście śnieg oszczędził Poznań, jeszcze by tego cholerstwa brakowało. Mamy połowę stycznia, niebawem krótki luty, po czym przedwiośnie, no i danie główne: wiosna. Czekam więc z niecierpliwością, a później niech już się czas ślimaczy. I niech sobie nawet gadają, że im z tego powodu smutno, smutniejszo, najsmutniejszo...
New Order nagrali w 1983 roku taki niekrótki kawałek "Blue Monday". Przebój, że hej. Nawet wydany u nas dzięki litościwemu Tonpressowi, w formie małej płytki. Stało się to dwa lata po światowej premierze, w dodatku na 33 1/3-obrotach na minutę, co w przypadku 7-calowych singli zdecydowanie bywało rzadkością. No, ale tych siedem minut nie upchnięto by na jednej szczupłej stronie, gdyby zechcieć koniecznie piosenkę wytłoczyć na płytce małoformatowej. Na Wyspach "Blue Monday" trzaśnięto na dwunastocalówce, przez co grała jak żyleta. U nas praktycznie nie tłoczono maxi singli, choć bywały wyjątki. Do New Order dorobiliśmy własną okładkę, i tak powstał rarytas, za którego Brytyjczycy niegdyś nawet płacili 10 funciorów.
Pamiętam rozczarowanie sympatyków tego niemal dyskotekowego szlagieru, albowiem większość z nich, miała nadzieję znaleźć go na wydanym niemal równocześnie albumie "Power, Corruption And Lies". I ja też ręce zacierałem. Po latach jednak w pełni rozumiem ekipę Bernarda Sumnera i Petera Hooka, "Blue Monday" kompletnie charakterem nie pasowałoby do tamtego longplaya. Do następnego "Low Life", tym bardziej. I choć uwielbiam "Blue Monday", to gdyby ten numer pojawił się na którejkolwiek z powyższych płyt, tylko by je popsuł. Szczególnie obłędną "Low Life" - absolutny no.1 w dorobku Anglików. Tamtego długograja także wydano u nas na oficjalnie nabytej licencji. Ktoś w tym Tonpressie musiał ich lubić. W ogóle byliśmy z powyższego powodu we Wschodniej Europie odmienni. Bo gdy komunistyczna bieda chciała udobruchać swoje narody, to za ciężką walutę serwowano takim Bułgarom, Rosjanom czy Czechom, licencje komercyjnych gigantów, jak: Chris DeBurgh, Pink Floyd, AC/DC, Jennifer Rush, Alan Parsons Project, The Moody Blues czy Whitney Houston, a u nas Tonpress szarpał się na New Order, Joy Division, Nico lub The Smiths. A taki Pronit, dla kolejnego przykładu, wytłoczył nikomu prawie (nawet wówczas) nieznanych Tuxedomoon. Byliśmy niezależni i ambitni do szpiku kości. W innych krajach chciano jednak zarabiać na twardą walutę, więc taki Balkanton dotłaczał tytuł za tytułem wielbionych masowo Modern Talking, C.C.Catch, bądź Blue System, a u nas ambitnie ukomercyjniano niezależnych, buntowników czy nowofalowców. I bardzo dobrze! Chyba krajowi decydenci zdawali sobie sprawę, że na chałturę w końcu nadejdzie czas. Mieli nosa. Machinę rozruszały początkowo winyle prekursorów disco/dance-polowych, jak: Bolter czy Top One, a teraz na czarnym krążku (Boże, jak ja nie cierpię określenia "krążek" !!!) wytłoczył się szansonistyczny i nadpobudliwie popularny błazen Zenon Martyniuk. I jeszcze sobie ponumerował cały nakład, a pierwszych pięć egzemplarzy nieskromnie trzasnął na portale aukcyjne. No i co, nie kupią? Kupią, i to jeszcze będzie się bezguście i szpan licytować. Jeden musi drugiemu udowodnić swą wyższość. Ostatnio lubiany znajomy opowiadał, jak to jeden z kolei jego znajomych zapragnął na organizowaną przez siebie imprezę zakontraktować występ jednego z tych syf-polowych "artystów". Tak, jakby nie mógł szarpnąć się za podobny żłob na nieobciachowy Perfect, Lady Pank lub nawet Patrycję Markowską - jeśli już musi mieć taki "live"-ik dla draki. Okazało się, że ci przymilarscy łuputupu zabawiacze, mają terminy obsadzone na rok z góry, a za godzinę występu życzą sobie 40-50 kawałków - i to za godzinę dreptania po parkiecie. A ci mniej rozchwytywani, minimum 10 patoli. I co, nie dadzą? Dadzą, wszak idiotów nie brakuje. Szczególnie, gdy chce się być trendy, niekoniecznie mając we łbie poukładane. Oooo, i gdy sobie o nich pomyślę, to faktycznie dzisiaj Blue Monday stoi jak byk. .





Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 14 stycznia 2018 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań





"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 14 stycznia 2018 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Tomek Ziółkowski
prowadzenie: Andrzej Masłowski






ASIA - "Aura" - (2000) -
- Wherever You Are
- Ready To Go Home

LANA LANE - "Lady Macbeth" - (2005) -
- Someone To Believe

GPS - "Window To The Soul" - (2006) -
- New Jerusalem

PHIL LANZON - "If You Think I'm Crazy" - (2017) -
- Carolin - {śpiew ANDY CAINE}
- Forest - {śpiew PHIL LANZON}

CODE RED - "Incendiary" - (2017) -
- My Hollywood Ending

=================================
=================================

kącik poświęcony Eddiemu "Fast" Clarke'owi - ex-gitarzyście MOTÖRHEAD
(5.X.1950 - 10.I.2018)




MOTÖRHEAD - "Iron Fist" - (1982) -
- Iron Fist

FASTWAY - "Bad Bad Girls" - (1990) -
- I've Had Enough

MOTÖRHEAD - "Ace Of Spades" - (1980) -
- (We Are) The Road Crew
- Jailbait
- The Chase Is Better Than The Catch

==================================
==================================

FRANCE GALL - "Ella Elle L'a" - (1987) - 12" MAXI SINGLE
- Ella Elle L'a

CHAMPLIN / WILLIAMS / FRIESTEDT - "CWF" - (2015) -
- Aria
- Carry On

CHICAGO - "Chicago 19" - (1988) -
- I Don't Wanna Live Without Your Love - {śpiew BILL CHAMPLIN}

LINDA RONSTADT - " Winter Light" - (1993) -
- Heartbeats Accelerating
- Winter Light

MYLENE FARMER - "Les Mots" - (2001) -
- Désenchantée - {oryginalnie na albumie "L'Autre..." - 1991}

RAY THOMAS -"Hopes, Wishes & Dreams" - (1976) -
- We Need Love

THE MOODY BLUES - "Seventh Sojourn" - (1972) -
- Isn't Life Strange - {śpiew JOHN LODGE & JUSTIN HAYWARD}

THE MOODY BLUES - "In Search Of The Lost Chord" - (1968) -
- Legend Of A Mind - {śpiew RAY THOMAS}

THE MOODY BLUES - "Strange Times" - (1999) -
- Sooner Or Later (Walkin' On Air) - {śpiew JOHN LODGE & RAY THOMAS}
- My Little Lovely - {śpiew RAY THOMAS}
- Nothing Changes - {melorecytacja GRAEME EDGE}

JUSTIN HAYWARD - "Classic Blue" - (1989) -
- MacArthur Park - {Richard Harris cover}

SPACE - "Magic Fly" - (1977) -
- Magic Fly

DONNA SUMMER - "Endless Summer - Donna Summer's Greatest Hits" - (1994) -
- MacArthur Park - {singiel z 1978 r.} - {Richard Harris cover / kompozycja Jimmy Webb}

BEGGARS OPERA - "Pathfinder" - (1972) -
- Hobo
- MacArthur Park - {Richard Harris cover}

TEN YEARS AFTER - "A Sting In The Tale" - (2017) -
- Land Of The Vandals
- Iron Horse

JOHNNY HATES JAZZ - "Magnetized" - (2013) - na albumie w trzech kompozycjach na gitarze zagrał MARCUS BONFANTI - obecny wokalista i gitarzysta TEN YEARS AFTER
- Magnetized
- Ghost Of Love

STEVE KILBEY & MARTIN KENNEDY - "Glow And Fade" - (2017) -
- Levitate

===========================================
===========================================




"NOCNIK" - czyli "NAWIEDZONE STUDIO DOGRYWKA"

Tym razem tylko jedno nagranie z kompaktu Tomka Ziółkowskiego, za to ponad 20-minutowa suita....



BUDKA SUFLERA - "Cień Wielkiej Góry Live" - (2013) -
- Szalony Koń

===========================================
===========================================



Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





niedziela, 14 stycznia 2018

noce w białej poświacie

Ray Thomas
Z soboty na niedzielę urządziłem sobie noc w białej poświacie z The Moody Blues. Na ruszt poszedł występ z londyńskiego Royal Albert Hall, zarejestrowany 1 maja 2000 roku. A więc z trasy promującej album "Strange Times" - przedostatni studyjny, albowiem jak dotąd ostatnim odległy już kolędowo-pastorałkowy "December" z 2003 roku.
DVD "Hall Of Fame - Live From The Royal Albert Hall" można również przeżyć w formie audio, z tak samo zatytułowanej, i tak samo niedługiej płyty. Niedługiej, lecz wspomniane DVD mierzy dokładnie tyle samo.
Wspaniały koncert z udziałem orkiestry, no i przede wszystkim ze zmarłym ostatnio Rayem Thomasem. W ogóle jest to ostatnia szansa pogapienia się na tego muzyka. I proszę koniecznie tego nie zaniedbać. Piosenka "Legend Of A Mind" w jego objęciach należy do królowych tamtego wieczoru. Oczywiście na pierwszym planie występu cudowny Justin Hayward, któremu ramię w ramię asystuje John Lodge, ale stojący tylko troszkę na uboczu Ray Thomas, przykuje uwagę każdego zespołowego entuzjasty. Ray miał przepięknie romantyczny głos, ale przecież Justin i John, także. Wszystkich ich kocham, ale teraz po śmierci Raya jakoś mocniej przykuwam uwagę właśnie na Nim.
Ray na deskach londyńskich wygląda kulturalnie. Ta jego atłasowa koszula, te eleganckie spodnie, do tego ładnie przyczesana fryzurka... Justin, jak to Justin, w rozpiętej koszuli z kołnierzykiem i spodniami na kant, Graeme'a niewiele widać za jego bębnami, za to John wygląda jak prawdziwa gwiazda rocka. Nie opiszę w detalach, tym samym wyłudzę Państwa Szanownych ciekawość, byście SE zobaczyli. W ogóle SE zobaczcie ten wspaniały występ.
po lewej Ray Thomas, w bieli Justin Hayward, w głębi John Lodge
Weekend z The Moodies trwa. Właśnie oglądam ich amerykański show z greckiego Teatru w Los Angeles. Jest letni wieczór 11 czerwca 2005 roku i w grupie nie gra już Ray Thomas. I choć nie jest jeszcze śmiertelnie chory, to już wykazuje pozbawienie sił, by z dawnymi kolegami stanąć w jednym rzędzie. Aby ta duża scena nie wyglądała pustawo, mamy kilku pomagierów: klawiszowca, drugiego perkusistę, panią z flecikiem i gitarą.... Musiało być z rozmachem, przecież Moodies świętowali swe 40-lecie, choć tym razem zagrali bez orkiestry. Ludzie bawią się dobrze, choć na wcześniejszym londyńskim show, wręcz szaleli. Przez te pięć lat panowie postarzeli się tylko troszeczkę i nadal wyglądali rześko.
Co jawi plusem "Lovely Too See You Live"? Ano jest dłużej, znaczy: więcej. I nadal cudownie, chociaż na minus: wyraźny brak Raya. Mam te DVD od dawna, a dopiero teraz oglądam po raz pierwszy. Właśnie zaczynają "I Know You're Out There Somewhere", a tu patrzę, że za kolejne trzy utwory pojawi się "Your Wildest Dreams" - młodszy jej brat - i na swój sposób kopia. Choć z tą kopią, to raczej na odwrót.
W kolejce na kolejny seans oczekuje "A Night At Red Rocks" - z Orkiestrą z Kolorado. Od niedawna mam na DVD (w sensie kilka lat), za to na VHS od zawsze. Raz kiedyś obejrzałem, dawno dawno temu, więc już kompletnie nie pamiętam, jest zatem okazja. Tu mamy do czynienia ze starszą epoką, a konkretnie koncertem z 1992 roku, czyli zaraz po krytykowanej, a jak najbardziej pięknej płycie "Keys Of The Kingdom". Krytykowanej, w sensie przez Tomka Beksińskiego. Nikt inny nie miałby do tego prawa, On w drodze wyjątku tak. Nosferatu kochał starych Moodies, tych sprzed czasów Patricka Moraza, gdy zamiast syntezatorów, subtelnie walił po melotronie Mike Pinder. Beksia zawsze rozumiałem i to się nie zmieni. Co u Mike'a Pindera? Coś nam zacichł... Podobno z branży nie wypadł, lecz nagraniowo leń do potęgi n-tej.
Dzisiaj tylko popołudniówka z The Moody Blues, ale kolejne DVD odtworzę już na pewno w którąś z najbliższy nocy.
Posłuchamy sobie w dzisiejszym Nawiedzonym czegoś z ich udziałem, a co !!!






Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





pod siebie

wspieram ja, wspieraj Ty
Fajnie, że pogoda pokrzyżowała skoczkom narciarskim, przynajmniej w narodzie nastąpi telewizyjna koncentracja na Orkiestrze. Stan na godzinę 15.30 wynosi ponad 16 milionów złotów. Warto się dołożyć, jeśli jeszcze ktoś tego nie zrobił. Dla niechodzących do kościołów lub głównych centrów wydarzeń informacja, iż można dorzucać się nawet w takim Lidlu. Alternatywna wersja dla niekościelnych, idealna dla mnie.
Dzisiejsze Nawiedzone zagram zdecydowanie pod siebie. Niby nic nowego, wszak czynię tak zawsze, ale dzisiaj jakby bardziej. Oczywiście bez Szanownych Państwa, nie miałoby ono sensu, bo tak naprawdę, to przecież i tak wszystko dla Was. Mam dużą nadzieję, że nie pośniecie - bo to taka nasza narodowa przypadłość. Dla mnie noc jest najpiękniejszą fazą dnia.
Dużo kapitalnej muzyki na 98,6 FM Poznań już od godziny 22.00.
Do usłyszenia...






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



piątek, 12 stycznia 2018

przemijanie

Namiętne francuskie piosenki są jak lekarstwo. Działały na mnie w młodości, działają też dzisiaj. Nastawiłem więc płytę z Mylene Farmer i wspominam stare, choć przecież wcale nie tak odległe czasy. Siedzę i myślę, jak to wszystko szybko zamienia się w pył. Żal mi moich Rodziców, stracili już chyba wszystkich znajomych/przyjaciół, pozostając na wodnym bezkresie, jak ten samotny żagiel. Już przed dwoma/trzema laty brakowało na imieninach Mamy lub Taty tego czy tamtego, ale trzymało się dzielnie bractwo. Nie poddawali się, pomimo białych skroni, przygarbionych sylwetek i coraz natrętniejszemu odmawianiu mocniejszych trunków. Jednak, gdy staruszkowie rozsyłali zaproszenia zawsze miał kto wlecieć. Już teraz nie wleci nikt. 
Mój faworyzowany Wujek Olek umarł niedawno - o czym w stosownym czasie napisałem - a nieco wcześniej, niczym siła kuli armatniej, odszedł inny, potem kolejny, do tego ta ciotka, i tamta..., a jeszcze dzisiaj kolejna wieść... dobry znajomy, na którego w dzieciństwie także pozwalałem sobie: "wujku". Hmmm, wówczas wszyscy byli wujkami, ciotkami, i często sporo fajniejszymi od tych genealogicznych.
Właśnie wspominam wczasy w Skorzęcinie. Połowa lat 70-tych. Felki z dzieciakami, no i my Masłowscy też w komplecie: Rodzice, Siostrzyczka i ja. Ciepłe, kolorowe wakacje, w dodatku z kinem pod gołym niebem. Pamiętam ubaw na jednym z filmów z Louisem DeFunesem, no i jeszcze resorowce w deptakowym kiosku Ruchu. Miałem taki jeden upatrzony model i nie dawałem za wygraną. Kilka dni męczyłem, marudziłem, ale dopiąłem swego.
Staruszkowie lubili w Skorzęcinie wieczorne nasiadówy z Felkami (mam to po nich), a my gówniażerka z kolei wywijaliśmy za białego dnia, zarówno na podwórku, bądź w ośrodkowej świetlicy, no i w przepięknym - z długą płycizną - jeziorze... Wszystko to, to jednak kadry sprzed ponad czterdziestu lat. Ostatnio nie było już tak barwnie. Dopytywałem Rodziców, dlaczego Felki nie docierają na ich imieniny? Tym bardziej, że mam ich przed oczyma, jak właśnie siedzą przy stole, barwnie dyskutują, nie żałują smakowitości podstawionemu pod nosem talerzowi.... Trzeba tylko wskazówki zegara cofnąć o rok, góra dwa...  Ten krótki czas wiele pozmieniał, Ona z guzem mózgu, w zasadzie unieruchomiona, choć wciąż w swym ukochanym mieszkanku na jednym z ratajskich osiedli, gdzieś na zapomnianym wyższym piętrze blokowiska, On niepogodzony faktycznym stanem rzeczy zacichł kompletnie, zerwał z otoczeniem, legł na salonowej kanapie - z oczyma po sufit. I tak jeden dzień, drugi, kolejny... Wiedzieliśmy, że czeka go najgorsze, bowiem Jej stan pogarszał się coraz dotkliwiej. Nie chciał Felek zostać wdowcem, bardzo się przed tym bronił. I właśnie dopiął swego.
Nasze życie, czym jest? Po co? W jakim celu? Jaki jego sens, skoro wszystko przemija bezpowrotnie? Kiedyś przeczytałem, że życie człowieka z reguły nie przekracza ośmiuset tysięcy godzin, a przecież każdego dnia pozostawiamy za sobą dwadzieścia cztery, co w siedmiodniowym cyklu tygodnia daje już ich aż sto sześćdziesiąt osiem. Kansas zaśpiewali przed czterema dekady "Dust In The Wind", i mieli rację.







Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






czwartek, 11 stycznia 2018

nie żyje EDDIE "FAST" CLARKE (5.X.1950 - 10.I.2018)

"...jedynej karty, jakiej potrzebuję, to As Pik..."
Spójrzmy na okładkę najsłynniejszego albumu Motörhead "Ace Of Spades"... przedstawia ona trzech zbirów z Dzikiego Zachodu, przyodzianych w czarne skóry, a każdą z nich przeplatają jeszcze kowbojskie pasy z nabojami i kaburami. Spotkanie na drodze takich osobników może tylko zwiastować problemy.
Od lewej: perkusista Phil "Animal" Taylor. Pożegnaliśmy go jako pierwszego w dniu 11 listopada 2015 roku. Kilka krótkich tygodni później, a konkretnie 28 grudnia 2015 roku, odszedł kapitan okrętu, a w kwestii muzycznej: wokalista i basista Lemmy Kilmister. Tym samym Motörhead zakończyli swą misję ostatecznie. Aby nie było dość, wczoraj, tj. 10 stycznia br. odszedł ostatni z "wielkiej trójki", gitarzysta "Fast" Eddie Clarke. Jego ksywa doskonale odzwierciedlała nie tylko sam gitarowy galop, lecz przede wszystkim charakter wykonywanej przez cały zespół muzyki. I proszę uwierzyć: w 1980 roku nikt nie grał szybciej i mocniej. Motörhead uprawianą sztuką dali podwaliny pod wszystkie Slayery, Metalliki, Anthraxy, itd... I niech nareszcie miłośnicy metalurgicznej rzeźni przyjmą to z pokorą.
od lewej: Animal, Fast i Lemmy
Aż trudno uwierzyć, gdy właśnie wpatruję się w okładkę "Ace of Spades", że o każdym z jej bohaterów przychodzi już mówić w czasie przeszłym.
Oczywiście w tym składzie grupa nie grała już od ponad trzech dekad, ale dla mnie właśnie ten line-up zawsze będzie tym najważniejszym. Bowiem od tej trójcy wszystko się rozpoczęło. Gdy jako 15-latek w 1980 roku usłyszałem długograja "Ace Of Spades", z nie tylko genialnym nagraniem tytułowym, ale jeszcze "(We Are) The Road Crew" czy "Fast And Loose" pomyślałem, że umrę z wrażenia. W roku następnym wpadł w me sidła gorący wówczas żywiec "No Sleep 'Till Hammersmith", i był to istny show mych marzeń. Do dzisiaj kocham je obie, jak również ostatnią spłodzoną w tym składzie płytę "Iron Fist" oraz wszystkie wcześniejsze. No, może najmniej debiut z 1977 roku, gdzie motorowa machina dopiero się rozkręcała.
Lemmy, Fast i Animal - o ile istnieje życie pozaziemskie - świetnie się teraz bawią. Zapewne siedzą przy barowym blacie, z kilkoma fajnymi tyłeczkami, popijają Jacka Danielsa, właśnie otwierają kolejną paczkę bezfiltrowych Cameli, a w tle łuzgają nuty "Love Me Like A Reptile". Dlatego na nic nasze szlochy, zmartwienia i ceremonialne pożegnania. Te pozostawmy nostalgikom. Oni wszyscy życzyliby sobie, byśmy pomyśleli o nich w czysto rock'n'rollowym kontekście.
Eddie "Fast" Clarke
"Fast" w pierwszej połowie lat 70-tych grał w psychodeliczno-funk-glamowej formacji Curtis Knight Zeus, po upadku której dobił do świeżych Motörhead, a gdy odszedł od Lemmy'ego i Phila, założył bardzo fajną hard'n'heavy-glamową grupę Fastway. I w zasadzie wszystkie ich płyty jak najbardziej zasługują na polecenie. Samych Motörhead przecież polecać nie muszę.
Chylę czoła przed Eddiem Fastem Clarke'iem oraz pozostałymi ze złotej trójcy: Lemmym oraz Zwierzakiem. Posłuchajmy może dzisiaj dla ich upamiętnienia którejś z pierwszych Motörhead'owych płyt - właśnie z ich wspólnym udziałem, albo "przebojów" w pigułce ze wspomnianego powyżej koncertowego "No Sleep 'Til Hammersmith".
Jako oficjalną przyczynę śmierci byłego gitarzysty Motörhead podano komplikacje po zapaleniu płuc. 
Dzięki "Fast" za wszystkie dokonane muzyczne dobra, a teraz brnij do świata lepszego...






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



środa, 10 stycznia 2018

EISLEY / GOLDY - "Blood, Guts And Games" - (2017) -








EISLEY / GOLDY
"Blood, Guts And Games"
(FRONTIERS RECORDS)

***1/2





Legenda głosi, iż pewnego dnia Craig Goldy odwiedził Davida Glena Eisleya, kopnął w zwyczajowy tyłek, po czym rzekł: pora wziąć się do roboty. Poskutkowało. I tak oto przed nami pierwszy album tandemu Eisley / Goldy, choć nie pierwsza ich kolaboracja. Panowie znają się od dawna, a fani rocka przede wszystkim trzymają w pamięci uczynek z 1984 roku, gdy oboje stanęli obok amerykańskiego czarodzieja instrumentów klawiszowych Gregga Giuffrii, w jego Giuffria. Ta świetna, choć krótkotrwała ekipa, którą przewodził były muzyk uznanej w latach 70-tych formacji Angel, dała Goldy'emu i Eisleyowi przepustkę do dalszej kariery. Niestety Eisley niewiele zdziałał, bowiem o jego solowych projektach mało kto już dziś pamięta, a utworzona po odejściu z Giuffria grupa Dirty White Boy, zaowocowała co prawda znakomitą płytą "Bad Reputation", jednak tylko na tym jednym owocu stanęło.
Lepiej sprawy ułożyły się Goldy'emu, który liznął poważnej międzynarodowej sławy - choćby u boku samego Ronniego Jamesa Dio, a ostatnio stabilizując się w supergrupie Resurrection Kings. Dodam, iż Goldy dekadę temu zakotwiczył nawet w koncertowym składzie Budgie, co miałem przyjemność doświadczyć na własnej skórze.
Nie sądzę, by wydana przed chwilą wspólna płyta Eisleya z Goldym "Blood, Guts And Games", zapisała się w obrębie gatunku złotymi zgłoskami, jednak jej przyjście na świat powinno uradować miłośników klawiszowo-gitarowego hard'n'heavy. Okazuje się, że głos Eisleya trzyma fason, a Goldy wycina solówki - jak i kwestie rytmiczne - jakby upływający czas go nie dotykał. Acha, zapomniałbym zajrzeć wnikliwiej do zespołowego składu, a tu przecież pada jeszcze przynajmniej jedno istotne nazwisko: Chuck Wright. Ten będący z jedną przerwą odwieczny basista Quiet Riot, to także postać ze wspomnianego debiutu grupy Giuffria. A więc, gdyby tylko na moment Gregg Giuffria zawiesił na haku biznesmeński garnitur, i znalazł chwilkę dla dawnych kompanów, mielibyśmy reaktywację tamtego zespołu. Wspomniany Chuck zagrał tu tylko w trzech kompozycjach, za to usłyszymy go w jednej z albumowych pereł, namiętnej balladzie "Lies I Can Live With". A nie znajdziemy na tym albumie drugiej podobnej kompozycji, więc tym bardziej nie spuśćmy jej z oczu. Ślicznie w niej pomajstrował Goldy. Niby z natury metalurg, a z jaką elegancją poprzebierał po strunach.
Dobrą robotą wykazał się też perkusista Ron Wikso. Ten znany z The Storm czy Foreigner instrumentalista, nie uniknął wytwornych uderzeń, choć słychać, że najbardziej lubi bombastyczne akordy. Momentami nasuwając skojarzenia z niedoścignionym Cozym Powellem.
Płyta w zasadzie równa, co nie bardzo przemawia na jej plus, albowiem uniknięcie kompozycji słabych, nie przysporzyło w nagrodę wybitnych. Otrzymujemy solidne hard rockowe rzemiosło, które łykną bez popitki entuzjaści pokrewnych House Of Lords, Whitesnake lub Blue Murder. Druga strona medalu tej satysfakcjonującej płyty podpowiada, iż za dekadę lub dwie, niewielu z nas sobie o niej przypomni. Mnie najbardziej - obok wspomnianej tasiemcowej ballady "Lies I Can Live With" - przypadły do gustu dwa inicjujące całość nagrania: przebojowy, ale zarazem traktujący o poszukiwaniu w życiu kogoś wyjątkowego "The Heart Is A Lonely Hunter" oraz także przebojowy, lecz bardziej umięśniony "I Don't Belong Here Anymore". Do obu powyższych dospawam jeszcze finałową rozbudowaną hard-balladę "Believe In One Another", w której Eisley zaśpiewał głosem naznaczonym cierpieniem, ale też ekspresją.
Płyta z gatunku udanych, chociaż na pewno niepowalających. Fajnie jednak, że w ogóle powstała.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





w najbliższym czasie...

Znam metali, którzy w obrębie gatunku lubią tylko napieprzankę, więc dla nich "Nostradamus" Judas Priestów, zbyt teatralne. Przeładowanie klawiszy, pompatycznych form i wyalienowania mięsistych gitar - oto najczęstsze zarzuty. Cóż, chyba należę do mniejszości podzielającej entuzjazm względem tamtego rozbudowanego prog/powermetalowego dzieła. Ani trochę nie przestałem lubić ognistego tytułowego "Nostradamus", monumentalnego "Future Of Mankind", czy dajmy na to: kończącego pierwszą część "Persecution" - gdzie Halford śpiewa serią z automatu.
Niebawem, tj. 9 marca, Dżudasi wydadzą nowy album "Firepower", którego producentem legendarny Tom Allom. Nie powinien już choćby z tego powodu rozczarować sympatyków dyskretnego szczęku blach. Jak dotąd ostatni "Redeemer Of Souls", był zdecydowanie nierówny. Bez wybitnych kompozycji, z całą masą średniaków, więc przebieram nogami w oczekiwaniu na dobre wieści.
9 lutego pojawi się nowy Saxon "Thunderbolt", i też liczę na coś ciekawszego od ostatniego "Battering Ram". Szans na drugie "Wheels Of Steel" nie ma, albowiem już nie te czasy, i chyba inne oczekiwania fanów, choć osobiście bardzo bym chciał powrotu do ich muzycznej macierzy. W ostatnich latach Biff stawia na ciężkość, mniejszą wagę przykładając do samych melodii, a szkoda.
Ciekaw jestem premiery najnowszego dzieła gitarzysty, wokalisty i producenta w jednej osobie, Michaela Vossa. Jego "Remember... Yesterday" pojawi się 21 stycznia i zawierać będzie same covery. Ten znany z Phantom 5, Mad Max i jeszcze kilku innych grup Artysta, postanowił podzielić się lubianymi piosenkami z lat młodzieńczych. Wśród szykownej tracklisty znajdziemy m.in. "Wild Wild Angels" - z repertuaru Smokie, bądź "I'm Not In Love" - grupy 10 CC. Ta ostatnia piosenka jest ponoć ulubioną znanego radiowca Marka Niedźwieckiego, choć warto by to jeszcze sprawdzić. Voss wraca do dzieciństwa, jednocześnie oddając hołd zmarłemu w listopadzie ojcu.
Pod koniec marca możemy spodziewać się nowego premierowego albumu Marka Knopflera. Z kolei nieco wcześniej, bo pod koniec lutego, zadebiutuje formacja Dukes Of The Orient, której wokalnie ma przewodzić John Payne - ex-wokalista Asii. Ten, który śpiewał pomiędzy dwoma okresami Johna Wettona. Wśród towarzyszących mu kompanów, pojawi się m.in. instrumentalista klawiszowy Erik Norlander - wysokiej klasy wirtuoz, znany m.in z grupy Lana Lane, na której czele stoi właśnie królowa epickiego symfonicznego heavy metalu: Lana Lane, a której to Erik Norlander na gruncie prozy życia od lat stoi mężem. 
Pod koniec marca powinien trafić do sprzedaży album Ricka Parfitta "Over And Out" - zmarłego w grudniu 2016 r. gitarzysty Status Quo. Przykro, że sam Artysta nie doczeka premiery solowego debiutu. Ja z kolei żałuję, że tej wielkiej dla rocka postaci, nigdy nie udało mi się posłuchać na żywo.
Styczeń bieżącego roku powinien przede wszystkim należeć do Magnum. Ciekaw jestem przedsionku do kwietniowego bydgoskiego koncertu, który zaoferuje w pełni premierowy album "Lost On The Road To Eternity". Wyłożony na stół pierwszy utwór "Peaches & Cream" całkiem niezły, ale liczę, że prawdziwa eksplozja dopiero nastąpi.
Kawałek "Peaches & Cream" podrzucił Nawiedzonemu Marek Przewoźny (dzięki !!!). Marek dostrzegł, że nie wpadłem w trans kupowania Metal Hammera, a że do styczniowego numeru dorzucono CD, zarówno z nowymi pojedynczymi propozycjami Magnum, jak też Helloween... więc postanowił dziewiczy egzemplarz pisma podarować.
Oczywiście nowy rok tradycyjnie zarzuci nas nowymi płytami, i pewnie o wielu jeszcze nie mam zielonego pojęcia, jednak powyższymi kilkoma zapowiedziami pragnąłem się już teraz z Szanownym Państwem podzielić.






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"





poniedziałek, 8 stycznia 2018

podróż sentymentalna

Syn zapytał: daddy, znasz Bon Iver? No jasne - wyszło z mych ust. Trudno nie znać zespołu, którego talent w swoim czasie dostrzegł nawet sam Peter Gabriel. To masz do posłuchania ich jak dotąd ostatnią płytę "22, A Million" - młodziak zachęcił. No to wziąłem, a teraz słucham, i słucham... i hmmm... eksperymentalnie bardzo. Jak dla mnie, to trochę zza horyzontu granie. Doceniam inwencje Amerykanów, ale na tego typu muzykowanie muszę jeszcze zaczekać. Ale dobrze mój Ty kochany Syneczku, wynajduj, a tatuś chętnie przyłoży ucha tu i ówdzie. A nuż... Z "Synkowej" kolekcji zdecydowanie najnowszy Morrissey. Podoba mi się jak diabli. Ostre teksty, trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość, ale przede wszystkim świetna wokalna forma Moza, no i przynajmniej w połowie arcy-melodie. Zaskoczył mnie facet.
Początek roku dostarcza wieści o śmierci Raya Thomasa - cudownym wokaliście i w ogóle takimże muzyku. Ray był nieodłącznym elementem układanki The Moody Blues. Trudno teraz wyobrazić sobie nowe piosenki, które mogłyby powstać już bez jego udziału. Do wczoraj nawet nie zastanawiałem się nad wiekiem Artysty. W życiu nie powiedziałbym, że miał 76 lat. W pamięci zachowuję go jako młodego, kochającego życie człowieka.
Nie zabrałem do radia maxi singla France Gall, a jej przedwczesną śmierć też musimy sobie ceremonialnie zaznaczyć. Nie wstydzę się sympatii do jej hitu "Ella, Elle L'a", tak więc niebawem na 98,6 FM Poznań
Na dobitkę żegnamy jeszcze uznanego producenta Chrisa Tsangaridesa. W jego CV obficie dobrych kilka tuzinów uznanych nazwisk, z którymi współpracował. Parafrazując Duńczyka z Vabanku, aż chce się zarzucić: wyprodukował więcej płyt, niż ty zjadłeś kotletów. Wyprodukował, bądź zmiksował, albowiem trudnił się wieloma warstwami finalno-produkcyjnej profesji. Przecież nie dalej jak w grudniu prezentowałem najnowszy album UFO "The Salentino Cuts", który notabene Tsangarides zmiksował. Brytyjczyk mógł się poszczycić ingerencjami w dzieła Black Sabbath, Depeche Mode, Magnum, Gary'ego Moore'a, Judas Priest, Thin Lizzy, Y&T, Praying Mantis i dla wielu wielu innych...
CHRIS TSANGARIDES
Wczorajsze Nawiedzone miało aspekt wspominkowy, a wręcz okazało się sentymentalną podróżą do dawnego Radia Winogrady/Fan. Z racji chwilowej absencji Tomka Ziółkowskiego za sterami zasiadł Mariusz Skrok - mój pierworodny realizator. Listopad 1994 roku, ówczesne Radio Winogrady, wchodzę z marszu jako gość, a później jako współgospodarz audycji "Rock Nie Wyrock" (wkrótce po cyklu pewnych zdarzeń przemianowanej na "Rock Po Wyrocku"), zasiadam obok Romualda Jaworskiego, i zaczynamy... Romuald na luzie, rock'n'rollowo, ja zaś serio, by nie zażartować niewłaściwie z hołubionych od wieków artystów. Z czasem Romuald dostaje dyrektorstwo w Warszawie, wszystko zostawia, rzucając na rozstaju: masz, ciągnij dalej. Dzisiaj Pan Dyrektor słucha dżezu, choć z rockiem okazjonalnie też sympatyzuje. Jak twierdzi: Stonesów i Hendrixa ma się w sercu na zawsze. A co do tamtych wspomnień... był u nas w radio także taki sympatyczny gość, Gamalczyk się nazywał... Gamalczyk prowadził gitarową audycję - powiedzmy półbluesową - która w zajawce miała motyw z "Money For Nothing" Straitsów, no i gdy po Stingu oraz towarzyszącym mu elektronicznym wstępie, wchodził główny gitarowy motyw, pojawiał się głos Romualda: "to nie walczyk, to Gamalczyk, blues über alles" - czy jakoś tak. Gamalczyk też krótko u nas zagrzał. Po prostu pewnego dnia nie pojawił się na audycji. Ludzie do niego wydzwaniali - bezskutecznie. Po kilku tygodniach komuś się udało, lecz tylko usłyszał, że już go radio nie interesuje, a jego samego już nie ma w Poznaniu. Szkoda, żałowaliśmy, bo typek był fajny. Też taki jegomość rock'n'rollowo-wyluzowany, choć jak widać: trochę za bardzo.
Wróćmy do meritum... Mariusz Skrok to piekielnie skromny facet. Nie chciałby zapewne, bym się nad nim rozczulał, ale na szczęście nie czyta mego bloga, audycji też nie śledzi, więc... Jest bardzo zalatanym facetem, jego branża także, co sprawia, że tylko ja mam czas go skomplementować. A rad jestem, że zgodził się przyjąć moje zaproszenie. Poprzestawiał mi całe studio :-),  ale było wspaniale. Uniósł mikrofon po sufit, nie kazał w niego walić szczęką, co czynię z reguły centralnie, za to tu coś przyciszył, tam podgłośnił, gdzieś jeszcze coś skorygował, i prowadziło się błogo. Doprowadził do profesjonalnego odsłuchu, i to z naprawdę wysłużonej, choć na swój sposób kochanej konsolety. 
Na jego "usprawiedliwienie" dodam, że po Radio Fan tyrał w kilku komercyjnych rozgłośniach - tymi od Jana Babczyszyna - a mianowicie: dawne 88,4 FM oraz 103,4 FM, by w latach późniejszych realizować się jako producent studia nagraniowego, z którego wychodziła niemała część reklam radiowo-telewizyjno-dworcowych. Tak tak, to cały Mariusz. Dlatego ja to Państwu Szanownym mówię, ponieważ Mariuszek by się speszył i zaczerwienił, gdyby go zmuszono do benefisu.
Po powrocie z radia - a była dobra trzecia w nocy - przyrządziłem kolacyjkę, po czym zabrałem się za płytowe fotki, na deser zaś nastawiłem końcówkę dokumentu "Kosmos" - prowadzonego przez Neila DeGrasse'a Tysona. Tym razem nie na Planete+, a na National Geographic. Neil jak zawsze opowiadał fascynująco i z nutką dreszczyku. Można z nim poczuć wszechświat bez żadnej kapsuły.
Na koniec przydługawego dziś wywodu zestawienie najlepiej sprzedających się winyli w USA za rok 2017 - według publikacji portalu cgm.pl. Liczby niestety wciąż mało imponujące. Znam ludzi, którzy takie ilości płyt mają w swych domostwach, a tu tyle, na całe USA?. 72 tysiące Sierżanta Pieprza zeszłoby tylko w samej Polsce komunistycznej, i to w godzinkę. I to jest ten renesans płyty winylowej? Proszę mnie nie rozśmieszać.
TOP 2017 USA winyle
1. The Beatles, Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band – 72 tys.
2. The Beatles, Abbey Road – 66 tys.
3. Soundtrack, Guardians of the Galaxy: Awesome Mix Vol. 1 – 62 tys.
4. Ed Sheeran, ÷ (Divide) – 62 tys.
5. Amy Winehouse, Back to Black – 58 tys.
6. Prince and the Revolution, Purple Rain (Soundtrack) – 58 tys.
7. Bob Marley and The Wailers, Legend: The Best Of… – 49 tys.
8. Pink Floyd, The Dark Side of the Moon – 54 tys.
9. Soundtrack, La La Land – 49 tys.
10. Michael Jackson, Thriller – 49 tys.

Życzę Szanownym Państwu przyjemnej reszty dnia, a jeszcze lepszych chwil jutro, pojutrze, ...




Neil DeGrasse Tyson w moim TV...
... Neil do ostatniej kropli wsysa czerwone wino...
... a tu astrofizyk w okowach ziemskiej natury.
Mój dzisiejszy kompan z autobusowego przystanku.



Andrzej Masłowski
 

"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"






"NAWIEDZONE STUDIO" - audycja z 7 stycznia 2018 - Radio "Afera" - 98,6 FM Poznań




"NAWIEDZONE STUDIO"
niedziela 7 stycznia 2018 - godz. 22.00 - 2.00
 
RADIO "AFERA", 98,6 FM (Poznań)
www.afera.com.pl 


realizacja: Mariusz Skrok
prowadzenie: Andrzej Masłowski








V/A - "Metal Hammer CD 1 / 2018" - (2018) - płyta dodatek do styczniowego Metal Hammera
MAGNUM - Peaches & Cream - {nagranie, które znajdzie się na najnowszym albumie "Lost On The Road To Eternity" - premiera 19 stycznia br.}

QUATRO, SCOTT & POWELL - "Quatro, Scott & Powell" - (2017) -
- Tobacco Road - {The Nashville Teens cover}
- If Only

ABBA - "Super Trouper" - (1980) -
- Happy New Year
- Our Last Summer
- The Piper

SNAKECHARMER - "Second Skin" - (2017) -
- Follow Me Under

THE NIGHT FLIGHT ORCHESTRA -  "Amber Galactic" - (2017) -
- Gemini

PHIL LANZON - "If You Think I'm Crazy" - (2017) -
- Mind Over Matter
- Kelly Gang

CODE RED - "Incendiary" - (2017) -
- I Won't Be Your Hero
- Heat Of The Night

JOE ELLIOTT'S DOWN'N'OUTZ - "My ReGeneration" - (2010 / reedycja 2017) -
- Storm - {MOTT cover}

JONO - "Life" - (2017) -
- No Return

EISLEY / GOLDY - "Blood, Guts And Games" - (2017) -
- Lies I Can Live With

THE CHURCH - "Starfish" - (1988) -
- Under The Milky Way

STEVE KILBEY & MARTIN KENNEDY - "Glow And Fade" - (2017) -
- We Are Still Waiting
- The Law Of The Jungle

THE MOODY BLUES - "Seventh Sojourn" - (1972) -
- For My Lady

THE MOODY BLUES - "Every Good Boy Deserves Favour" - (1971) -
- Our Gessing Game

RAY THOMAS - "From Mighty Oaks" - (1975) -
- Hey Mama Life
- I Wish We Could Fly

THUNDER - "Christmas Day" - (2017) -
- Christmas Day
- Love Walked In (2017 version)

CARLOS SANTANA / JOHN McLAUGHLIN - "Love Devotion Surrender" - (1973) -
- A Love Supreme - {John Coltrane cover}

THE SMITHS - "The Queen Is Dead" - (1986 / reedycja 2017) -
- Never Had No One Ever
- Bigmouth Strikes Again
- The Boy With The Thorn In His Side

MORRISSEY - "Low In High School" - (2017) -
- I Wish You Lonely
- Jacky's Only Happy When She's Up On The Stage

A-HA - "MTV Unplugged - Summer Solstice" - (2017) -
- Summer Moved On - {feat, ALISON MOYET}

ECHO AND THE BUNNYMEN - "Flowers" - (2001) -
- It's Alright






Andrzej Masłowski
 
"NAWIEDZONE STUDIO"
w każdą niedzielę od godz. 22.00 do 2.00

na 98,6 FM Poznań 
 
"Nawiedzone Studio dla tych, którzy wiedzą, co w muzyce najpiękniejsze"



sobotnie rozmarzone niebo
leniwie